Lekarzu, z tego sam się nie wyleczysz…

Wypalenie zawodowe prędzej czy później dopada każdego lekarza. Uzależnienia, wg różnych badań, dotyczą co najmniej 10-15 procent lekarzy. W dyscyplinach zabiegowych ten wskaźnik jest jeszcze wyższy. W USA do uzależnienia od alkoholu, środków psychoaktywnych przyznało się w grupie ankietowanych chirurgów 15 proc. mężczyzn i aż 25 proc. kobiet. Ilu lekarzy się nie przyznało…? Przepracowanie, ciągły pośpiech, ogromna odpowiedzialność, chaos systemowy, wieczna walka o pieniądze (dla siebie, dla pacjentów, dla szpitala, dla przychodni), totalne przemęczenie itd. – lista czynników sprzyjających sięganiu po „ułatwiacze życia” jest bardzo długa. Znacznie dłuższa niż w przypadku przeciętnego Kowalskiego.

Do tego dochodzi dostępność alkoholu i leków. Co prawda, minęły czasy, kiedy niektórzy lekarze mieli całe szafy zawalone butelkami z dobrym alkoholem, jednak teraz można nawet na stacji benzynowej kupić „małpkę” i się „odstresować”. Lekarze łatwiej też sięgają po opiaty, benzodiazepiny itp. Często są uzależnieni krzyżowo od alkoholu i określonych grup leków, a te substancje działają na te same receptory w mózgu. I bardzo często długo i dobrze sobie z tym radzą. Wielu z pijących lekarzy to tak zwani dobrze funkcjonujący alkoholicy czy lekomani. Na uzależnienia lekarza przymykają oczy jego koledzy, przełożeni, rodzina, bo tak łatwiej, z wielu powodów – solidarności środowiskowej, ochrony wizerunku i pozycji zawodowej. Rodzina boi się, że przerwa w pracy, wymuszona koniecznością podjęcia terapii, pozbawia dochodów. Przełożeni borykają się z brakiem kadry lekarskiej – strata, choćby chwilowa, jednego lekarza może oznaczać utratę kontraktu. Wszyscy więc minimalizują problem, starają się go racjonalizować.

Problemu na ogół nie chce widzieć uzależniony lekarz. Wydaje mu się, że sam potrafi sobie pomóc, udaje, że wszystko jest w porządku, bo przecież często jak coś weźmie czy wypije, to nawet pracuje efektywniej. Zresztą tak o swoim uzależnieniu myślą nie tylko lekarze.

W USA lekarz, który nie zgłosi swojej korporacji czy przełożonym faktu uzależnienia kolegi, jest narażony na poważne sankcje. Przełożony, który toleruje takie zachowania, staje się współwinnym ewentualnego wypadku. Dlatego każdy lekarz podejrzewany o nadużywanie alkoholu czy leków jest natychmiast kierowany do specjalisty leczenia uzależnień. Ukończenie terapii jest warunkiem powrotu do pracy.

Paradoksem jest to, że właśnie lekarz nie chce zrozumieć, iż jest chory, nie chce uznać swojej bezsilności. Amerykańskie Kolegium Lekarzy wydało kilka lat temu oświadczenie, że nadużywanie substancji psychoaktywnych jest chorobą przewlekłą i tak powinno być traktowane.

14 listopada – Światowy Dzień Cukrzycy

Światowy Dzień Cukrzycy (World Diabetes Day) jest obchodzony co roku 14 listopada, w dniu urodzin Sir Fredericka Bantinga, który wraz z Charlesem Bestem w 1922 roku odkrył insulinę.

Został ustanowiony w 1991 roku przez Międzynarodową Federację Diabetologiczną oraz Światową Organizację Zdrowia w odpowiedzi na rosnące obawy związane z rosnącym zagrożeniem dla zdrowia, jakie stanowi cukrzyca.

W 2021 roku z cukrzycą żyło 537 milionów dorosłych. A więc cukrzyca dotyka obecnie 1 na 10 osób na całym świecie.

Do rozpoznania cukrzycy wystarczy proste badanie poziomu cukru we krwi pacjenta, które można zrobić w każdej przychodni.

W 2022 roku kampania koncentruje się na potrzebie lepszego dostępu do wysokiej jakości edukacji diabetologicznej dla pracowników służby zdrowia i osób żyjących z cukrzycą.

Zrozumienie zagrożenia jakim jest cukrzyca jest pierwszym krokiem w kierunku radzenia sobie z nim i zapobiegania mu. W związku ze Światowym Dniem Cukrzycy 2022 skupiającym się na dostępie do edukacji diabetologicznej, opracowała nową internetową platformę edukacyjną, aby pomóc osobom chorym na cukrzycę i osobom, które się nimi opiekują, w podejmowaniu świadomych decyzji dotyczących ich stanu.

Przez ponad 95% czasu osoby chore na cukrzycę dbają o siebie. Dlatego potrzebują dostępu do ciągłej edukacji, aby zrozumieć swój stan i wykonywać codzienną samoopiekę niezbędną do zachowania zdrowia i uniknięcia powikłań.

Fakty i liczby

  • Prawie 1 na 2 osoby dorosłe (44%) z cukrzycą pozostaje niezdiagnozowana (240 milionów). Większość ma cukrzycę typu 2.
  • Ponad 1,2 miliona dzieci i młodzieży (0-19 lat) żyje z cukrzycą typu 1
  • Cukrzyca spowodowała 6,7 ​​miliona zgonów w 2021 roku.
  • Cukrzyca była odpowiedzialna za 9% globalnych wydatków na opiekę zdrowotną w 2021 r.
  • 100 lat, 9 miesięcy, 22 dni temu Leonard Thompson otrzymał pierwszy udany zastrzyk insuliny.

Diagnozowaniem i leczeniem cukrzycy zajmują się lekarze rodzinni oraz specjaliści diabetolodzy i endokrynolodzy.

Aktualnie do dyspozycji chorych na cukrzycę typu 1 i 2 jest wiele leków doustnych oraz insuliny podawane nowoczesnymi penami.

Jak się leczy w Szwecji

O szwedzkim systemie opieki zdrowotnej i pracy lekarza rodzinnego w tym kraju – z doktorem Pawłem Kulą, Polakiem, który od 20 lat jest lekarzem rodzinnym w Växjö, rozmawia Stefan Ciepły.

Doktor Paweł Kula

Panie Doktorze, czy może Pan w skrócie scharakteryzować system ubezpieczenia zdrowotnego w Szwecji, a także zasady organizacyjne systemu ochrony zdrowia. 

– Rozumiem, że chodzi o ubezpieczenie powszechne. Otóż każdy obywatel szwedzki, posiadający odpowiednik naszego numeru PESEL, jest z definicji ubezpieczony. To pozwala mu na korzystanie ze służby zdrowia w całej Szwecji, bez względu na adres zamieszkania. Natomiast sam system ochrony zdrowia w Szwecji jest głównie samorządowy i nieco inny w każdym z 21 regionów (odpowiedniki województw). Różnice dotyczą np. wykorzystywania innych systemów komputerowych, sposobu przyjmowania pacjentów, czasu oczekiwania na konsultacje specjalistyczne itp. Dodam jednak, że Szwedzi są bardzo zdyscyplinowani, więc oczywiście ochrona zdrowia w tych regionach jest oparta na podobnym modelu, złożonym z trzech części – z podstawowej opieki zdrowotnej, specjalistycznej opieki zdrowotnej świadczonej przez szpitale rejonowe oraz wysokospecjalistycznej opieki zdrowotnej świadczonej przez szpitale uniwersyteckie.

A „portfel prywatny”?

– To jest absolutny margines, nie ma czegoś takiego. Oczywiście od każdej reguły, również w Szwecji, są odstępstwa, ale generalnie ubezpieczenia prywatne w Szwecji nie funkcjonują. Owszem, niektóre zakłady pracy mają swoich lekarzy medycyny pracy, rehabilitantów oraz psychologów, by się opiekować swoimi pracownikami w sposób szczególny. Ale każdy obywatel Szwecji od narodzin (fizjologiczne porody odbierają położne) po wypisanie aktu zgonu jest pod opieką publicznej ochrony zdrowia.

Jak wygląda jej organizacja?

– Jest bardzo prosta i klarowna dla pacjentów. Podstawowa opieka zdrowotna oparta jest na lekarzu rodzinnym, zwanym w Szwecji allmänläkare. To znaczy, że w przychodniach szwedzkich pracują niemal wyłącznie lekarze rodzinni, a nie interniści, pediatrzy czy inni specjaliści, i pełnią oni rolę jakby odźwiernych (gate keeper) do systemu. Praktycznie wszyscy pacjenci przechodzą przez przychodnie. Natomiast specjaliści są przywiązani do szpitala, nie do swoich gabinetów. Dlaczego? Ponieważ w Szwecji uważa się, że specjalista bez zaplecza diagnostycznego, w tym przypadku bez szpitala, to nie jest specjalista. Ja się z tym modelem w pełni identyfikuję, ponieważ likwiduje on zamęt organizacyjny oraz rozproszenie zasobów po przychodniach specjalistycznych, a w Szwecji lekarz jest dobrem deficytowym.

W 2021 roku Szwecja wydała na ochronę zdrowia 11,4% swojego budżetu. Polska, dla porównania, 6,6%, a średnia w krajach OECD wynosiła 9,5%. Trzeba jednak pamiętać, że Szwecja jest relatywnie bogatym krajem, z produktem narodowym brutto, który w 2021 roku wyniósł 627 mld dolarów. Liczba mieszkańców to 10,3 mln. W tym samym roku Polska, w której liczba mieszkańców wynosi 37,7 mln, wypracowała produkt krajowy brutto na poziomie 674 mld dolarów.

Ilu jest lekarzy na tysiąc mieszkańców w Szwecji? I jaki jest procent PKB przeznaczany jest z budżetu państwa na zdrowie?

– W Szwecji na 1000 mieszkańców przypada 4,3 lekarza. W Polsce mamy tylko 2,4 lekarza na 1000 obywateli. Średnia dla krajów OECD to 3,4. Moim zdaniem, w Szwecji mamy wystarczającą liczbę lekarzy, lecz z powodu błędów organizacyjnych są oni wykorzystywani nieracjonalnie, ponadto nie ma odpowiedniego systemu motywacyjnego do bardziej wydajnej pracy. Niezależnie jak intensywnie pracuje wysokiej klasy specjalista, zarabia na etacie około 90 000 koron szwedzkich i płaci około 40 proc. podatku. Jeśli chodzi o liczbę łóżek szpitalnych, to sytuacja przedstawia się odwrotnie. W Szwecji dysponujemy tylko 2 łóżkami szpitalnymi na 1000 mieszkańców, a w Polsce – 6,2 łóżkami na 1000 obywateli. Średnia OECD to 4,4. W Szwecji pacjent jest w szpitalu tak krótko, jak to jest możliwe, i ani godziny dłużej. Oczywiście wiele procedur specjalistycznych wykonuje się w systemie ambulatoryjnym.

We wspomnianym wyżej budżecie mieszczą się koszty leków?

– Tak. Polityka lekowa, według mnie jako byłego menadżera ochrony zdrowia w Polsce i posiadacza dyplomu MBA (Master of Business Administration), jest jedną z bardziej hojnych w świecie. Pacjenci w skali roku mogą zapłacić za leki maksymalnie 2000 koron szwedzkich, pozostałe leki, w tym najdroższe i najbardziej nowoczesne, otrzymują za darmo.

Powiedział Pan, że lekarz to dobro deficytowe.

– Najbardziej brakuje lekarzy rodzinnych, ze względu na wymagania. Ponieważ przybyłem do Szwecji w 2003 roku, a więc przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, mimo posiadania specjalizacji z medycyny rodzinnej – jednej z pierwszych, uzyskanej w 1994 roku w Krakowie obok m.in. dzisiejszych profesorów Adama Windaka i Tomasza Tomasika – byłem zmuszony zrobić specjalizację od nowa. Tutaj jest ona jedną z trudniejszych, ponieważ kompetencje szwedzkiego lekarza rodzinnego są bardzo szerokie. Żeby zdobyć tę specjalizację w Szwecji, trzeba pracować minimum 5 lat nie tylko w przychodni, ale też na wszystkich oddziałach szpitalnych.

Szwecja pod względem powierzchni jest krajem większym od Polski, mieszkańcy są więc rozproszeni na dużym terytorium. Od szpitali, gdzie są specjaliści, dzielą ich często spore odległości. W tej sytuacji lekarze rodzinni muszą sobie radzić ze wszystkim. Jeśli pacjent w lesie ścinał drzewo i piłą sobie przeciął podudzie, krwawi, to ja muszę tę ranę zaopatrzyć. Jeśli pracownik rzeźni skaleczył nożem dłoń, muszę tę ranę zszyć. Jeśli miało miejsce skręcenie kostki, czyli zwichnięcie stawu skokowego, muszę takiego pacjenta przyjąć i zaopatrzyć. Jeśli pacjent ma ciało obce w oku, to ja muszę je usunąć. Nawiasem mówiąc, każda przychodnia jest zaopatrzona w specjalne mikroskopy – jeden do badania oka, a drugi do badania ucha. Zresztą, standardowe wyposażenie przychodni szwedzkiej odpowiada wyposażeniu nowoczesnego modelu volvo.

A co z badaniami obrazowymi?

– Oczywiście w przychodni nie ma aparatury do badań radiologicznych. Ale jeśli pacjent ma złamaną kończynę czy zwichnięty staw, to najnormalniej w świecie piszę e-skierowanie, a pacjent po przebyciu drogi do szpitala jest tam natychmiast prześwietlany i w razie potrzeby trafia do ortopedy. Natomiast gdy podejrzewam jakikolwiek nowotwór złośliwy, na przykład jamy brzusznej, to piszę specjalne skierowanie i taki pacjent trafia na tomografię natychmiast. Wszelka korespondencja allmänläkare z kolegami specjalistami ze szpitala rejonowego odbywa się przez internet. A lekarze specjaliści odpowiadają wyczerpująco na wszelkie skierowania od lekarzy rodzinnych (i na skierowania na konsultacje specjalistyczne, i na skierowania na hospitalizacje w trybie ostrym i planowym). Ponadto allmänläkare ma możliwość zapoznania się z dokumentacją szpitalną swoich pacjentów kierowanych do szpitala rejonowego (dotyczy to komputerowych kartotek pacjentów z chorobami somatycznymi i psychicznymi). Nie muszę tłumaczyć, że każdy lekarz rodzinny pracujący w podstawowej opiece zdrowotnej wie, jak ważna jest w kompleksowym podejściu do pacjenta informacja od kolegów specjalistów. Dotyczy to zwłaszcza pacjentów z chorobami przewlekłymi i rzadkimi.

Kto decyduje o zakresie badań? Co Panu wolno, a co przekazuje Pan specjalistom?

– Kompetencje lekarza rodzinnego w Szwecji są praktycznie nieograniczone, ponieważ to my mamy klucz do systemu. Nie nadużywamy konsultacji specjalistycznych dlatego, że nie wypada specjalistów obciążać błahymi sprawami, ich czas jest bardzo cenny, a oczekiwanie na konsultacje specjalistyczne wynosi kilka miesięcy (państwo daje obywatelom szwedzkim gwarancje konsultacji specjalistycznej w ciągu 3 miesięcy, lecz w przypadku niektórych specjalności ten termin nie jest dotrzymywany). Dlatego Szwedzi doceniają i wykorzystują szerokie kompetencje swoich lekarzy rodzinnych, od dermatologii po ginekologię, od endokrynologii po kardiologię, od naszych małych pacjentów, których rozwój kontrolujemy, po seniorów, którymi opiekujemy się nie tylko w ich domach, ale również w szwedzkich äldreboende (odpowiednik polskiego zakładu opiekuńczo-leczniczego). Należy pamiętać, że ponad 20 proc. szwedzkich obywateli to ludzie w wieku 65 plus. Często naszymi pacjentami są osoby w wieku ponad 80 czy 90 lat, stąd szwedzcy lekarze rodzinni muszą również znać podstawy geriatrii.

A czy lekarze rodzinni nie próbują zlecaniem badań specjalistycznych poniechać terapii, nim cokolwiek zaczną robić? 

– Nie ma tego rodzaju praktyk z dwóch powodów. Jako szwedzki allmänläkare mogę zrobić wszystkie laboratoryjne badania krwi w przychodni (bez żadnych ograniczeń), więc moje możliwości diagnostyczne są bardzo duże. Podobnie z diagnostyką obrazową – nie muszę absorbować specjalisty, wysyłam pacjenta sam na badanie, które mi jest potrzebne do diagnozy. Ale niezależnie funkcjonuje mechanizm chroniący system przed nadużywaniem zleceń do specjalistów. Mianowicie ci ostatni mają prawo odmówienia konsultacji, o czym informują lekarza rodzinnego drogą zwrotną komputerową.Odmowa oznacza, że skierowanie nie zostało zaakceptowane, ale bez uwag typu: „Kolego lekarzu rodzinny, to powinieneś wiedzieć!”, tylko z zaleceniem „Proszę jeszcze uzupełnić diagnostykę o następujące elementy” – i  wtedy ewentualnie należy ponowić skierowanie. Generalnie statystyka pokazuje, że allmänläkare szwedzcy kierują do specjalistów od 5 do 10 procent przypadków. To naprawdę mało. Jest natomiast kwestia kluczowa w systemie. Szwedzki lekarz rodzinny ma pod opieką 2 tys. pacjentów. Wbrew pozorom to  bardzo dużo, zważywszy na rozległość kompetencji. W Norwegii, gdzie pracowałem, jest ich o połowę mniej, to znaczy trochę ponad 1000. I politycy wszystkich opcji w Szwecji są zgodni, że powinniśmy zmierzać w kierunku norweskiego standardu.

Braki uzupełnia się lekarzami z Polski…

– I z innych krajów, z Węgier, Hiszpanii, Grecji, a nawet Niemiec. Zarobki są wysokie, import lekarzy do Szwecji jest permanentny. Około 30 proc. lekarzy stanowią przybysze z zagranicy (należą do nich też Polacy, których jest bardzo dużo).

Chciałbym, żeby Pan jeszcze scharakteryzował system od strony technicznej. Jak wyglądają godziny pracy, dyżury, zasady przyjęć pacjentów, ewentualne wystawianie zwolnień.

– W przychodniach pracujemy w dni powszednie między godziną 8 a 17. Przez resztę doby jako lekarze rodzinni przyjmujemy pacjentów na tzw. centralach dyżurowych, czynnych też w weekendy i święta. Do szpitali na ostry dyżur trafiają wyłącznie pacjenci z wypadków, z zawałem serca czy udarem mózgu. Natomiast do lekarzy rodzinnych pierwszej selekcji dokonują pielęgniarki, kwalifikując pacjenta do wizyty u lekarza. Rejestracja dokonuje się wyłącznie telefonicznie. Później my zlecamy terapię lub decydujemy, czy pacjent wymaga opieki specjalistycznej. W tej ostatniej kwestii jako allmänläkare zawsze mam prawo podnieść telefon i natychmiast uzyskać połączenie z lekarzem szpitalnym, który w danym dniu udziela konsultacji.

Gdzie może Pan zadzwonić?

– Do szpitala rejonowego, tak go nazwijmy, gdzie zawsze pod telefonem, od godz. 8 do 17, jest konsultant, który odpowiada na pytania lekarzy rodzinnych, w koniecznych wypadkach sam kontaktujący się ze specjalistami. Co ten system różni od polskiego? Że lekarzem pierwszego kontaktu wcale nie jest lekarz, a wykwalifikowana pielęgniarka. System jest tak skonstruowany, że do lekarza ogólnego można się zarejestrować wyłącznie telefonicznie, chyba że ma miejsce wypadek albo ambulans przywiózł do przychodni pacjenta z zawałem. I te pielęgniarki rejonowe, bardzo dobrze wyszkolone, selekcjonują pacjentów. Jeśli ich zdaniem przypadek nie wymaga wizyty w przychodni, udzielają porad: np. jak zadbać o siebie w przypadku przeziębienia, natomiast „skomplikowanych” pacjentów rejestrują do lekarzy ogólnych. W związku z tym w Szwecji tak naprawdę nie ma lekarza pierwszego kontaktu – jest pielęgniarka pierwszego kontaktu. I żeby się do mnie dostać, pacjenci czasem muszą czekać nawet kilka dni, chyba że w grę wchodzi ostry przypadek.

To jak w rezultacie wygląda Pańska codzienna praca?

– Praca w szwedzkiej przychodni odbywa się na zasadzie team work. Na zespół składa się lekarz, pielęgniarka, podpielęgniarka (pomoc pielęgniarska), sekretarka medyczna, rehabilitant medyczny i psycholog. Nie ma w Szwecji przychodni bez rehabilitanta i psychologa, ponieważ te dwie grupy chorób – układu ruchu i problemów psychicznych – są bardzo powszechne.

Odbywa Pan też wizyty domowe?

– Rzadko. Każda przychodnia ma na wyposażeniu auta do dyspozycji lekarzy i pielęgniarek, zwykle elektryczne. Generalnie jednak czas lekarzy rodzinnych jest tak cenny, że nie możemy tracić go na wizyty domowe. Zwykle przeprowadzają je podpielęgniarki, które opiekują się pacjentami obłożnie chorymi. One też mają samochody służbowe i często przywożą tych pacjentów do przychodni na wizyty. Oczywiście wizyta domowa zdarza się też w mojej praktyce, ale niezmiernie rzadko. To nie megalomania, tylko standard systemowy.

Ilu pacjentów przyjmuje Pan dziennie?

– Dziennie 15-20 osób, ale ta liczba nie jest porównywalna z polskimi realiami. Po pierwsze nie przyjmujemy lżejszych przypadków, którymi zajmują się pielęgniarki. Po drugie obok tych 15-20 skomplikowanych pacjentów, udzielamy bieżącej konsultacji naszym pielęgniarkom, które przyjmują pacjentów, a potrzebują jednak pomocy. Jeśli trzeba wypisać lek, to niektóre proste leki mogą wypisywać pielęgniarki rejonowe, ale w większości muszą to robić lekarze. E-recepta w Szwecji funkcjonuje od ponad 20 lat.

A zwolnienia lekarskie?

– Dotknął pan drażliwego problemu. Szwecja, jak wszystkie inne kraje skandynawskie, to jedna wielka biurokracja. Ilość przeróżnych zaświadczeń na rozmaite okoliczności, badań kierowców, osób z cukrzycą czy chorobami neurologicznymi, badań dzieci, zwolnień dla rodziców opiekujących się dzieckiem, przeróżnych zaświadczeń dla osób z niepełnosprawnościami, dla uzyskania określonych zasiłków, dla emerytów to jest ogrom zadań, a zwolnienia lekarskie to jest nasz chleb powszedni. Szwedzi należą absolutnie do czołówki, o ile nie są pierwsi na świecie, jeżeli chodzi o liczbę i długość zwolnień lekarskich. Wypełnienie bardzo skomplikowanych formularzy, w których trzeba odpowiedzieć na szereg pytań dla kasy zajmującej się wypłatami zasiłków dla przebywających na zwolnieniach lekarskich, to jest horendum. Ja tego nie robię jednak sam, odpowiadam wyłącznie za treść merytoryczną. Praktycznie, jako lekarze nie musimy nic pisać, bo mamy dyktafony, na których dyktujemy sekretarkom medycznym dosłownie wszystko: treść kartotek komputerowych i treść skierowań do specjalisty, do badań radiologicznych.

Ostatnie pytanie dotyczy prestiżu lekarza w Szwecji…

– Jest bardzo wysoki. Przyjeżdżając do Szwecji nie miałem świadomości, że będę tam w pewnym sensie VIP-em. A ponieważ pracowałem na prowincji, cała okolica wiedziała, że przyjeżdża małżeństwo polskich lekarzy i byliśmy przyjęci naprawdę z otwartymi ramionami. Lata emigracji potwierdziły nasz wysoki prestiż. I to niekoniecznie ze względu na dochody, ponieważ zarobki w wielu innych zawodach w Szwecji są dobre. Wcale nie decydowała kwestia materialna, tylko zaufania społecznego. Studia medyczne w Szwecji są jednymi z najtrudniejszych, lekarze są w rezultacie uważani za szczególną grupę światłych ludzi. Cieszą się też szczególnym prestiżem, bo ich po prostu brak. W Szwecji, by żyć wygodnie, nie jest konieczne wyższe wykształcenie czy nawet wyjątkowa praca, ponieważ system wynagrodzeń jest tak skonstruowany, że osoby wykonujące proste zawody też zarabiają dobrze i żyją na przyzwoitym poziomie. Więc jeśli ktoś studiował medycynę, później zrobił specjalizację, to najnormalniej w świecie jest kimś wyjątkowym, zasługującym na wysoki prestiż. Nie narzekam.

Rozmawiał: Stefan Ciepły

Kawa jak narkotyk

Kawa – napój sporządzany z palonych, a następnie zmielonych lub poddanych instantyzacji ziaren kawowca, zwykle podawany na gorąco. Pochodzi z Etiopii, W Europie pojawiła się około XVI wieku.

Obecnie kawa jest jednym z najpopularniejszych na świecie napojów. Wypija jej się około 400 mld filiżanek rocznie.

Jedna z najpopularniejszych używek na świecie i główne źródło kofeiny.

Światowe spożycie kofeiny szacuje się na poziom około 120 000 ton rocznie, dzięki czemu jest ona najbardziej popularnie stosowaną substancją o działaniu psychoaktywnym. Taka liczba odpowiada średnio jednej filiżance kawy spożywanej przez każdego człowieka na planecie raz dziennie.

Dla większości ludzi spożywanie do 400 mg kofeiny dziennie nie wywołuje problemów zdrowotnych. Ilość ta odpowiada ok. 4 filiżankom kawy lub 10 puszkom napojów typu cola. Osoby nadwrażliwe na kofeinę, przyjmujące leki oraz kobiety w ciąży lub chcące zajść w ciążę powinny ograniczyć spożywanie produktów zawierających kofeinę lub skonsultować jej bezpieczną ilość z lekarzem.

Kawa to jeden z podstawowych artykułów spożywczych i najważniejszych towarów handlowych na świecie. W skali globalnej 25 milionów drobnych producentów zajmuje się jej wytwarzaniem. Dla przykładu, w samej Brazylii (1/3 światowego rynku) 5 milionów osób jest zatrudnionych przy uprawie 3 miliardów krzewów kawowca. Uprawa kawowca jest znacznie bardziej pracochłonna niż innych roślin regionu (soja, trzcina cukrowa, pszenica), ponieważ wymaga stałej uwagi i nie podlega automatyzacji.

Najwięksi światowi producenci kawy to Brazylia (2,44 mln ton rocznie), Wietnam (1,17 mln ton), Kolumbia (0,88 mln ton) i Indonezja (0,70 mln ton). Główną giełdą, na której odbywa się sprzedaż i kupno kawy, jest Nowojorska Giełda Kawy i Cukru. Największy port przeładunkowy tego towaru znajduje się w Hamburgu (Niemcy). W roku 2013 zebrano około 8,9 miliona ton surowej kawy.

Historia kawy ma swoje początki w IX wieku n.e. W tym czasie ziarna kawy były dostępne tylko w ich pierwotnym miejscu występowania – na terenie Etiopii. Rozpowszechniona legenda przypisuje jej odkrycie pasterzowi Kaldiemu, który zauważył, że kozy, które pasły się wśród zarośli, stały się pobudzone i odporne na sen. Spróbowawszy sam owoców pochodzących z rosnących tam krzewów, doświadczył podobnego przypływu sił.

W Polsce pojawiła się po bitwie pod Wiedniem w 1683 w formie tureckiej.

Po zwycięstwie pod Wiedniem (1683) Jerzy Franciszek Kulczycki założył pierwszy kafehaus w stolicy Austrii. Legenda mówi, że zrobił to korzystając z zapasów kawy porzuconych przez uciekających Turków. Następnie pomógł on spopularyzować zwyczaj dodawania do napoju cukru i mleka. Do niedawna w Wiedniu istniała tradycja wywieszania portretu Kulczyckiego w oknach kawiarni.

Wielką karierę w miastach zrobiły kawy lub kafehausy, z czasem nazwane kawiarniami.

Odmienny obyczaj spożycia kawy wykształcił się wśród ziemiaństwa. Zamożna szlachta zatrudniała wykwalifikowaną służbę (tzw. „kawiarkę”), której zadaniem było parzenie kawy. Za idealny napój w XIX wieku uznawano ten mający „czarność węgla, przejrzystość bursztynu, zapach mokki i gęstość miodowego płynu”. Kawę podawano rankiem do łóżka państwa „na rozbudzenie”. Pijano ją także dla smaku podczas podwieczorku.

Niedobory kawy nie zniknęły w okresie PRL-u, stając się ważnym problemem społecznym. Dopiero w 1964 roku udało się przekroczyć wysokość jej przedwojennego importu.

Kawa stała się niezbędnym elementem życia biurowego, szczególnie po wprowadzeniu w latach 60. w Warszawie przepisu o rozpoczynaniu pracy o godzinie szóstej. W efekcie używka zaczęła stanowić jeden z najpowszechniejszych rodzajów łapówek. Importowane ziarna bezskutecznie próbowano zastąpić kawą zbożową rodzimej produkcji („Inka”). Spadkiem po PRL-u stał się między innymi zwyczaj podawania kawy w szklankach, a nie filiżankach. Obecnie, zwłaszcza wśród młodego pokolenia upowszechnił się zwyczaj picia kawy z ceramicznych kubków.

Wraz z wprowadzeniem gospodarki wolnorynkowej zniknął problem niedoborów kawy, która ponownie stała się napojem ogólnodostępnym.

Badania wskazują, że dwie filiżanki kawy dziennie zmniejszają ryzyko przedwczesnej śmierci w wyniku chorób serca, chorób płuc, udaru, infekcji, upadków, ale nie w wyniku chorób nowotworowych. Więcej niż trzy filiżanki czarnej herbaty dziennie zmniejszają ryzyko chorób serca i prawdopodobnie też innych. Należy jednak pamiętać, że kawa i herbata zawierają też wiele innych substancji prócz kofeiny, np. antyoksydanty i flawonoidy, które mogą mieć takie działanie. Nie stwierdzono zależności pomiędzy przewlekłym spożywaniem produktów zawierających kofeinę a występowaniem niemiarowości serca. W innych badaniach stwierdzono niższą częstość występowania migotania przedsionków u osób przyjmujących większe dawki kofeiny.

Zwiększa też uczucie niepokoju i lęku, ponieważ ma właściwości anksjogenne. Działa analeptycznie (czyli pobudza ośrodkowy układ nerwowy blokując receptory adenozynowe).

Posiada także właściwości pobudzające ośrodki wegetatywne: oddechowy, naczynioruchowy i nerwu błędnego. Pobudza korę mózgową. Przyspiesza procesy kataboliczne, zwiększając zapotrzebowanie na tlen. Zmniejsza napięcie mięśni gładkich naczyń krwionośnych. Pobudza wydzielanie soku żołądkowego. Wykazuje słabe działanie diuretyczne, przez co może korzystnie wpływać na pracę nerek. Wchłania się dobrze z przewodu pokarmowego i po zmetabolizowaniu wydala się z moczem.

Struktura cząsteczki kofeiny została wyjaśniona pod koniec XIX w. przez Hermanna Emila Fischera, który również po jako pierwszy dokonał jej syntezy totalnej. Między innymi za tę pracę Fischer został wyróżniony w 1902 Nagrodą Nobla.

Kofeina stymuluje działanie ośrodkowego układu nerwowego oraz zwiększa metabolizm i jako taka jest używana zarówno w celach konsumpcyjnych oraz leczniczych. Zmniejsza odczucie zmęczenia fizycznego i przywraca ostrość umysłu w warunkach słabości lub sennego nastroju.

Kofeina wpływa głównie na wyższy szczebel układu nerwowego, działając pobudzająco, zwiększając koncentrację i uwagę, ułatwiając formułowanie myśli i ogólną koordynację ciała.

Kofeina powoduje uzależnienie fizyczne, choć słabsze niż np. nikotyna. Zespół abstynencyjny przejawia się zmęczeniem, pogorszeniem nastroju i koncentracji uwagi, często także bólem głowy. Nierzadko występuje również uzależnienie psychiczne. Ryzyko nadużywania kofeiny jest jednak znikome. Przyjmowanie większych dawek nie powoduje przyjemniejszych doznań, a wręcz przeciwnie, zwiększa subiektywne odczucia negatywne, m.in. lęk, niepokój, zdenerwowanie i ogólne pogorszenie nastroju. W badaniach klinicznych zademonstrowano wręcz unikanie dużych dawek przez ochotników. Tak więc kofeina, mimo że jest środkiem psychoaktywnym i do pewnego stopnia uzależniającym, nie zagraża funkcjonowaniu społeczeństwa, ponieważ ograniczenie spożywania następuje tutaj niejako samoistnie.

Stosowana w ilościach 100–300 mg dziennie działa pozytywnie na wiele układów funkcjonalnych ludzkiego organizmu.

Kofeina łatwo przekracza barierę krew-mózg. Po dotarciu do mózgu działa głównie jako antagonista receptorów adenozynowych. Przez podobieństwo strukturalne do cząsteczki adenozyny, wiąże się łatwo z jej receptorami występującymi na powierzchni komórek bez ich aktywacji. Z tego względu gra rolę inhibitora kompetycyjnego.

Adenozynę wykrywa się w każdej części ciała ze względu na rolę w podstawowym metabolizmie energetycznym związanym z ATP, jednak wewnątrz mózgu posiada jeszcze odrębną funkcję. Istnieje wiele dowodów, że stężenie adenozyny w mózgu jest zwiększane przez różnego rodzaju stres metaboliczny, w tym niedotlenienie i niedokrwienie. Dowody wskazują, iż adenozyna ochrania mózg ograniczając aktywność neuronów i zwiększając przepływ krwi. Z tego względu kofeina, przeciwdziałając wpływowi adenozyny, ma ogólnie działanie odhamowujące na mózg. Nie wykazano mimo to bezpośrednio, jak to zjawisko przekłada się na pobudzenie i zwiększenie koncentracji.

Kofeiny nie powinni spożywać diabetycy i osoby z cukrzycą w wywiadzie rodzinnym, ponieważ kofeina zwiększa insulinooporność. Paradoksalnie zjawisko to nie występuje w przypadku spożywania kawy. Wydaje się więc, że za ten pozytywny efekt jest odpowiedzialna jakaś inna substancja występująca w kawie. Ponadto kofeina nasila procesy glikogenolizy i lipolizy.

Kofeina zwiększa wydzielanie neuroprzekaźników: dopaminy, noradrenaliny, adrenaliny, acetylocholiny, serotoniny. Mechanizm ten jest jednak wysoce skomplikowany. Uważa się, że za wzrost aktywności układu naczyniowo ruchowego (m.in. wzrost akcji serca), odpowiada właśnie adrenalina oraz noradrenalina, zaś za poprawę nastroju i motywację widoczną u wielu konsumentów – dopamina oraz serotonina.

Działanie i wpływ na zdrowie

Dzięki zawartości kofeiny kawa pełni rolę stymulującą. Pobudza organizm, zwiększa sprawność myślenia, znosi zmęczenie psychiczne i fizyczne. Ze względu na swoje właściwości pita jest przede wszystkim rano, często w dużych ilościach. Bezpośredni wpływ kofeiny zaczyna się odczuwać po około połowie godziny.

Już od XVI wieku, kiedy kawę sprowadzono do Europy, budziła ona wiele kontrowersji. Z jednej strony chwalono jej niezwykłe działanie, z drugiej oskarżano o wywoływanie wielu różnych schorzeń, m.in. problemów żołądkowych, zawałów serca, raka i osteoporozy.

Krytyka nasiliła się w XIX wieku wraz z rozpowszechnieniem napoju. Coraz częstsze było tzw. „zdenerwowanie kofeinowe”, występujące w efekcie spożycia zbyt dużej ilości kawy.

Badania przeprowadzane w XIX i XX wieku nie zdołały jasno wykazać, do jakich chorób może doprowadzić picie kawy, choć nigdy też nie zaliczano jej do zdrowej żywności. Dopiero w ostatnich dekadach przeprowadzono wiarygodne testy na dostatecznie dużych grupach pacjentów. Mimo to naukowcy wciąż nie są zgodni w kwestii wpływu kawy na zdrowie. Wynika to przede wszystkim z trudności przeprowadzenia pewnych badań. Wymagają one nie tylko dużej liczby osób, ale także właściwego ujęcia niezależnych czynników: zwyczajów żywieniowych, płci, masy, ogólnej kondycji, chorób, poziomu cholesterolu itd.

Według najbardziej wiarygodnych badań:

Spożycie kawy nie jest związane ze wzrostem ryzyka udaru mózgu i chorób serca.

Nie ma związku pomiędzy umiarkowanym spożywaniem kofeiny a ogólnym poziomem cholesterolu u człowieka.

Nie udowodniono związku między spożyciem kawy a występowaniem chorób nowotworowych.

Kawa może zwiększać tętno, szczególnie gdy jest rzadko pita, nie stwierdzono jednak zależności pomiędzy przewlekłym spożywaniem kawy i innych produktów zawierających kofeinę a występowaniem niemiarowości serca. Częste przyjmowanie kofeiny sprawia, że efekt ten zanika.

Nie udowodniono związku między nadciśnieniem a spożyciem kawy.

Kawa wypłukuje wapń z organizmu, jednak efekt ten jest na tyle niewielki, że nawet spożywanie jej w dużych ilościach nie zwiększa zagrożenia zachorowania na osteoporozę.

Brakuje dowodów na negatywny wpływ kawy spożywanej w umiarkowanej ilości na kobiety w ciąży i płód. Nie udowodniono także związku między piciem kawy przez matkę a wcześniactwem.

Pozytywne właściwości

Według niektórych badań kawa pita w umiarkowanych ilościach posiada pewne pozytywne, niekiedy nawet lecznicze.

Polepsza pamięć krótkotrwałą i zdolności poznawcze. Badanie, w którym uczestniczyły 80-letnie kobiety, wykazało, że te, które piły kawę przez większość życia, osiągały lepsze wyniki w testach zdolności poznawczych.

Ułatwia koncentrację, a także pozytywnie wpływa na krążenie i układ trawienny. Regularne spożywanie kawy związane jest z niższym poziomem umieralności ogólnej i umieralności z powodu chorób układu krążenia, podobną zależność zaobserwowano dla kawy bezkofeinowej.

Przyśpiesza metabolizm (kofeina), tym samym zwiększa tempo przemiany lipidów i pomaga zapobiegać zmęczeniu mięśni.

Zmniejsza ryzyko wystąpienia u mężczyzn kamicy żółciowej.

Przyczynia się do zmniejszenia zachorowalności na nowotwory pęcherza wśród palaczy.

Zmniejsza ryzyko zachorowania na chorobę Parkinsona.

Nawet do 50% zmniejsza ryzyko zachorowania na cukrzycę typu II.

Zmniejsza ryzyko zachorowania na raka jelita i wątroby (hepatomę).

Zwiększa efektywność środków przeciwbólowych, co może być niebezpieczne.

Polepsza perystaltykę jelit.

Może ograniczać rozwój próchnicy zębów[.

Negatywne właściwości

Badania wykazują także negatywne skutki picia kawy.

Zawarta w kawie kofeina hamuje neurogenezę w hipokampie, uczula receptory dopaminy, blokuje receptory adenozynowe, osłabia pamięć, zwiększa uczucie niepokoju i lęku (tzw. „zdenerwowanie kofeinowe”) oraz powoduje uzależnienie fizyczne.

Ze względu na swoje właściwości pobudzające u większości ludzi utrudnia zasypianie (u nielicznych występuje efekt przeciwny).

Spożycie dużej ilości kawy przez kobietę w ciąży może zwiększać prawdopodobieństwo martwego urodzenia. W związku z tym zalecane jest, by kobiety w ciąży piły maksymalnie dwie filiżanki kawy dziennie.

Gotowana kawa może w dużym stopniu wpływać na podniesienie poziomu cholesterolu.

Zawartość kofeiny w napojach [mg]
Filiżanka kawy gatunku Robusta330
Filiżanka kawy Arabica175-185
Filiżanka etiopskiej kawy mokka160
Filiżanka kawy rozpuszczalnej95
Szklanka czarnej kawy80-120
Filiżanka espresso60
Filiżanka kawy mrożonej50-70
Szklanka herbaty45-65
Puszka coca-coli45

Spożywanie do 300 mg kofeiny dziennie, co przekłada się na około 3 filiżanki kawy, zwykle nie stanowi żadnego zagrożenia dla zdrowia, przy zachowaniu prozdrowotnych zasad trybu życia (dot. żywienia, spożycia alkoholu, palenia tytoniu, aktywności fizycznej i innych). Przyjmuje się, że kawa w tej ilości nie tylko nie jest szkodliwa, ale może nawet pozytywnie wpływać na organizm człowieka.

Powyżej 1000 mg kofeina staje się trująca. Dokładna granica toksyczności zależy od właściwej danej osobie odporności na ten związek chemiczny. Za minimalną dawkę śmiertelną uznaje się 3200 mg (przyjmowane w jednej dawce). Realna dawka śmiertelna (przyjmowana w formie kawy) to 10 g, czyli około 80 filiżanek.

Kawa bezkofeinowa

Istnieje kawa w postaci przetworzonej z obniżoną zawartością kofeiny. Pozbawiana jest kofeiny jeszcze na etapie segregacji ziaren za pomocą różnych metod chemicznych lub przez wypłukiwanie wodą. Kawa bezkofeinowa jest szczególnie polecana dla osób, które powinny unikać kofeiny. Większość kaw bezkofeinowych smakuje dokładnie tak samo, jak ich odpowiedniki zawierające kofeinę. Produkowana jest zarówno mielona, jak i rozpuszczana odmiana kawy bezkofeinowej.

Seks po szwedzku

Muszla miłości i inne synonimy waginy, czyli seks po szwedzku

O różnych obliczach miłości, seksie, wolności i ryzyku, a także o podobieństwach i różnicach między kochającymi Polakami a Szwedami z Katarzyną Tubylewicz autorką książki „Szwedzka sztuka kochania” rozmawia Marcin Wilk

Muszę to powiedzieć. Spodziewałem się, że będzie więcej seksu w Twojej książce.

A mnie się wydaje, że seksu jest całkiem sporo, tylko rzeczywiście niewiele rozmów traktuje głównie o nim, ale są wśród moich bohaterów liczne namiętne pary, a także namiętny związek trzech osób. Często o seksie, wspominają gdzieś między słowami, ale i to wystarczy, żeby poczuć, jak silne jest przyciąganie.

To prawda.

Nie wiem też, czy zauważyłeś coś, co wydało mi się bardzo ciekawe i bardzo szwedzkie. Absolutna większość moich rozmówców podkreśla, że dostrzegają wyraźną różnicę pomiędzy miłością a seksem, i że uważają za wspaniałe, jeśli seks i miłość idą w parze, ale jednocześnie jest dla nich oczywiste, że seks to przyjemność, której można doznawać także z ludźmi, których na przykład lubimy, a nie kochamy. A miłość to jeszcze inna sprawa. Widzę tu duże różnicę kulturową.

Opowiedz.

W Polsce wciąż strasznie silny jest moralny nakaz łączenia seksu z uczuciowym zobowiązaniem. A jeśli owego zobowiązania nie ma, to seks jest błyskawicznie sprowadzany do poziomu czegoś nie do końca dobrego, podejrzanego, jakichś relacji łączących się z wykorzystaniem albo ryzykiem zranienia. Ma to moim zdaniem fatalne konsekwencje, zwłaszcza dla młodych ludzi. Niedobrze jest wmawiać sobie lub komuś miłości tylko po to, by spróbować seksu. W tych sprawach zawsze najlepiej działa uczciwość.

Czytając Twoją książkę, zacząłem się zastanawiać nad rolą języka. Myślisz, że pisząc po szwedzku, mogłabyś pozwolić sobie na więcej?

Myślę, że szwedzki łatwiej wpuszcza w siebie seksualność i ciało. Potrafi być na przykład bardzo erotyczny, nie wpadając w wulgarność. Polski niezwykle łatwo osuwa się w wulgarność albo oferuje określenia niemal medyczne. Po szwedzku można powiedzieć o penisie kuk. To zresztą słowo pochodzące z XI wieku, co do którego etymologii i pierwotnego znaczenia nie ma zgody – jedna z teorii mówi, że pochodzi od staronordyckiego słowa kukku oznaczającego kukułkę. I to jest fajne, mocne słowo, które nie ma w sobie śladów pokrewieństwa z przekleństwami. Może także dlatego, że szwedzkie przekleństwa z reguły kręcą się wokół motywów religijnych, rzuca się diabłami i szatanami oraz odsyła ludzi do piekła. W języku polskim przeklinanie to „rzucanie mięsem”, czyli bardzo często odnoszenie się do ciała, płci i właśnie seksu. W brzydki sposób. Poza tym szwedzki wydaje się też erotycznie bogatszy. Wystarczy zajrzeć do słownika synonimów w internecie. W polskim słowniku dla medycznej waginy mamy trzy synonimy, w tym słowo tak okropne jak srom. Po szwedzku synonimów jest piętnaście i są w nich słowa uroczo brzmiące jak kissemurra, vulva oraz kärleksmussla, czyli muszla miłości.

Bardzo mi się spodobał fragment, w którym piszesz, że w Szwecji wyrazem miłości może być „lubię cię”.

Prawda? A to „lubię cię” to tak strasznie ważny element dobrej, nieneurotycznej miłości. Niedawno dowiedziałam się, że po śląsku „kocham cię” to „jo ci przaja”, czyli „ja ci sprzyjam”. Bardzo mi się to spodobało. To jest właśnie bliskie szwedzkiemu, z jednej strony powściągliwemu, a z drugiej tak niesamowicie ciepłemu „jag tycker om dig” – „lubię cię”, które może być wyrażeniem miłości. Na pewno nie ma miłości bez lubienia siebie. Bez tego każda relacja jest po prostu neurotyczna.

W ogóle dochodzę do wniosku, gdy cię słucham, że Polska jest jednak piekielnym krajem dla spraw erotyki i seksu. Te wszystkie wyrzuty sumienia, życie w grzechu i poczucie winy nie ułatwiają niczego. Łatwo byłoby tu oczywiście zrzucić winę na Kościół katolicki, choć wydaje mi się, że sprawa jest o wiele bardziej złożona.

Zgadzam się. Oczywiście religia wprowadziła wiele złego: łączenie seksu z brudem i grzechem, kult dziewictwa, epatowanie wstydem, przekonanie, że seks powinien w zasadzie służyć głównie prokreacji, i oczywiście bark tolerancji dla relacji nieheteronormatywnych, długo można by o tym mówić. Ale polskie poczucie, że seks jest nieważny, że jest czymś wstydliwym, czymś, czemu nie powinno się dawać zbyt wiele miejsca, ma też moim zdaniem silny związek z polskim opętaniem historią i wielka sprawą. W tym kraju nawet trudno jest znaleźć przykłady dobrych książek o miłości i namiętności rodzimych autorów, a jak mamy u Reymonta cieszącą się seksem bohaterkę Jagnę, to musi ona zostać wywieziona ze wsi na wozie z gnojówką. Kobieta upadła.

Tu pewnie trzeba byłoby jeszcze uruchomić kontekst feministyczny.

No właśnie. Generalnie w Polsce do dziś pisanie o sprawach miłości czy seksu, robienie o tym filmów, sztuk teatralnych jest uważane za rzecz znacząco mniej ważną i prestiżową od tworzenia kolejnej opowieści o samotnym alkoholiku, którego potwornie boli polskość. W ogóle to nieustanne przerabianie polskości w literaturze to jakaś nerwica natręctw, Polak jest przede wszystkim Polakiem, a nie człowiekiem. Od intymności zawsze ważniejsza jest jakaś wielka narodowa sprawa. W takim społeczeństwie małżeństwo to jest ważna instytucja i nawet jeśli zostanie zawarte z miłości, bo teraz ma być też romantycznie lub przynajmniej na miłość wyglądać, to potem już nie jest ważne, czy miłość trwa czy nie. W Polsce rozwodów jest oczywiście dużo, ale rozwód nadal jest uważany w wielu kręgach za wielką katastrofę i powód do tego, żeby się zacząć nienawidzić i walczyć o dzieci. Nie ma tu miejsca na łagodne zastanawianie się nad tym, czy może coś się między nami nie wypaliło po piętnastu latach? Czy nadal się kochamy, czy może już tylko przyjaźnimy? Kiedy myślę o współczesnej Polsce, mam wrażenie, że hasło drugiej fali feminizmu „Prywatne jest polityczne” się tu nie zakorzeniło i przeciętni ludzie nie uważają, że stan ich życia uczuciowo-erotycznego to jest jakaś ważna sprawa, czasem najważniejsza. Na koniec wszystkiego Polacy trochę lubią cierpiętnictwo, noszenie krzyża, narzekanie, to nasze odwieczne: a ja mam gorzej. Jak w takim społeczeństwie cieszyć się miłością? Jak cieszyć się bez wyrzutów sumienia przyjemnością seksu?

A może rację ma Maciej Zaremba, który stwierdził, że: „Na świecie nie ma tak dużo miłości”?

Ja się z tym zdaniem niestety zgadzam. Podobnie jak zgadzam się z Kierkegaardem, który napisał, że „Świat składa się z samych okazji do miłości”. Tylko te okazje często są marnowane, w mojej książce opowiedziałam o ludziach, którzy umieli je wykorzystać. Nie bali się tego zrobić. Bo Szwedzka sztuka kochania pokazuje oczywiście różne odcienie miłości, ale interesuje mnie szczególnie ta miłość, która jest namiętnością albo jako namiętność się zaczyna, miłość, która jest jakąś wielką, trochę wręcz magiczną siłą. Znalazłam bohaterów, którzy ją znają, i dlatego ta książka ma w sobie taki ładunek dobrej energii, ale jednocześnie dostrzegam wokół dużo związków, które są może przywiązaniem, może wygodnym portem, może nawet przyjaźnią, ale miłością jednak nie. I to często wcale nie dlatego, że coś się wypaliło, tylko dlatego, że tego czegoś prawdziwego i bardzo głębokiego nigdy nie było. Często ludzie łączą się ze swoim wyobrażeniem o drugiej osobie, a nie z tą osobą. To także dlatego zdarza się i tak, że ludzie największą miłość życia spotykają, gdy mają już ułożone życie, rodzinę i w ogóle niczego nie szukają. Myślę, że generalnie jest tak, że do miłości trzeba sporo odwagi. I czasem bezpieczniej i wygodniej jest żyć z kimś, kto ani cię za bardzo nie grzeje, ani za bardzo nie ziębi, za to podoba się twoim rodzicom i podobnie jak ty myśli o urządzeniu wnętrz. Myślę, że to właśnie miał na myśli Maciej Zaremba.

To na koniec spróbujmy poszukać definicji miłości. Podoba mi się Twoja propozycja, w której zmieścić się muszą i wolność, i wzajemność. Jonas,  partner Nilsa, bohater Twojej książki, dorzuca, że w miłości chodzi też o poczucie absolutnego zaufania i bezpieczeństwa. Tu niestety muszę trochę polemizować. Zgadzam się bowiem również z poglądem, że miłość z natury jest czymś bardzo niestabilnym i w gruncie rzeczy niebezpieczny.

Myślę, że zgadzam się bardziej z Tobą niż z Jonasem. Wprawdzie w moim odczuciu miłość jest czymś niosącym dobro i potrzeba w niej mnóstwo zaufania, ale jest też niebezpieczeństwo w tym sensie, że jeśli jest prawdziwa, to ma moc całkowitego zmieniania rzeczywistości. Dla miłości zmienia się też życie. Ale może być i tak, że ta miłość, o której teraz mówimy, to szalona namiętność, stan euforii, a Jonas opowiadał o miłości partnersko-rodzinnej. Mam wrażenie, że to często dwie różne rzeczy. Oczywiście ideałem byłoby, gdyby ludzie najpierw przeżywali namiętność, od której świat radośnie trzęsie się w posadach, a potem, jeśli zdecydują się na dzieci, wchodzili w stan łagodnej miłości przyjacielskiej, która jest zdecydowanie lepsza na czas opiekowania się potomstwem. A później, gdy dzieci zostaną odchowane, mogłaby wracać dawna namiętność lub jeśli powrócić nie może, mogłaby się pojawić nowa miłość. My dziś w końcu dość długo żyjemy i możemy odgrywać w życiu różne role i przechodzić kolejne etapy doświadczeń. Także w miłości. Nie do końca podoba mi się koncepcja par, które po odchowaniu dzieci mówią do siebie „mamusiu” i „tatusiu” a ich najsilniejszą wspólną emocją jest ta, czy oglądać dziś wieczorem serial czy może jednak film.

Wracając do definicji – świetnie mówi inna Twoja bohaterka, Lena Andersson: miłość to uczucie, że dotarło się na miejsce. Świetnie, bo błyskotliwie, choć jednocześnie chce się polemizować, przypominając, że miłość to również nieustanna przygoda i podróż. I gotowość do zmiany.

Podobnie do miłości mówi Herman Lindqvist, który znalazł miłość i namiętność życia po sześćdziesiątce. On, otwarcie przyznający, że nigdy wcześniej nie potrafił być wierny, ma dziś poczucie, że przybył do portu i od dziesięciu lat jest do szaleństwa zakochany w tej samej kobiecie. Uwierz mi, że jak spotka się go razem z jego żoną Lilianą, to w tym ich porcie panuje niesamowita, elektryzująca energia. Tam na pewno nie ma żadnej nudy, ich port jest przygodą. Ale generalnie definicji miłości jest po prostu wiele. I one mogą nam się zmieniać w życiu. Ja sama chyba inaczej zdefiniowałabym miłość dziś niż powiedzmy dwadzieścia lat temu, a najchętniej wstrzymałabym się z definicjami, bo się nadal zastanawiam, czym miłość jest akurat dla mnie. A może miłość w ogóle jest trochę niedefiniowalna?

Może i tak. Maciej Zaremba stawia sprawę radykalnie i mówi, że nie ma dzisiaj wielkich różnic – w podejściu do seksu i miłości – między Polską a Szwecją.

A Piotr Pietucha, który po kilkudziesięciu latach życia w Szwecji, którą kocha i rozumie i który wrócił do Polski z miłości do kobiety, Manueli Gretkowskiej, podkreśla różnice między polskim mentalem katolickim a oceanami szwedzkiej tolerancji Jednocześnie zwraca on uwagę na to, że pewne różnice w krajach europejskich mają dziś charakter raczej klasowy a nie narodowy. Ludzie o szerszych horyzontach intelektualnych, ludzie kreatywni, artyści są zazwyczaj bardziej liberalni, mają też często luźniejszy stosunek do seksu, obyczajowości i tak dalej. To nie jest tak, że Szwedzi powinni uczyć wszystkich Polaków tolerancji dla różnorodności związków, bo wielu Polaków jest już tolerancyjnych. Szkopuł polega na tym, że okropnie nietolerancyjne jest państwo i jego instytucje, że Polska jest dziś tym krajem w Europie, w którym ludzie mają na przykład najbardziej ograniczony dostęp do środków antykoncepcyjnych. W Szwecji działają za to specjalne przychodnio-poradnie dla młodzieży i ludzi młodych do dwudziestego piątego roku życia, gdzie można przyjść z ulicy i dostać za darmo środki antykoncepcyjne, wykonać bez problemu wszelkie badania, porozmawiać o seksie, otrzymać poradę. Taki niby drobiazg, a jak ważny. Może więc liberalni Polacy powinni się przede wszystkim nauczyć od Szwedów, jak wybierać mądrych polityków o otwartych głowach.

A Szwedzi? Czego mogliby się nauczyć od Polaków?

Ja zawsze lubię w Polakach odwagę, nawet pewną dezynwolturę w wyrażaniu swoich myśli i emocji. To często łączy się też niestety z przegięciami, brakiem poprawności politycznej lub zwykłym chamstwem i ten element polskiej spontaniczności mi się nie podoba. Ale jest w Polakach jakaś większa łatwość wyrażania radości, wzruszenia, tęsknoty i wielu innych uczuć i to według mnie jest generalnie dobre. I jest czymś, czego Szwedom trochę brakuje.

A z drugiej strony, gdybyś spytał mnie o nauczycieli z mojej książki, wskazałabym tych, którzy dla miłości potrafili dużo zmienić i podjąć jakieś ryzyko. Ja bardzo cenię w życiu odwagę. Sama nie jestem szczególnie tchórzliwa i swoimi mistrzami potrafię czynić tylko i wyłącznie ludzi odważnych i pozbawionych hipokryzji. Bo zakłamanie to wyjątkowo paskudna forma tchórzostwa.

Katarzyna Tubylewicz

Pisarka, kulturoznawczyni i tłumaczka z języka szwedzkiego. Autorka powieści „Bardzo zimna wiosna” „Własne miejsca” i „Rówieśniczki”, „Ostatnia powieść Marcela”. Jej reporterskie książki to kultowi dziś „Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie”, „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” i „Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią bywać sami”.

System Ochrony Zdrowia w Szwecji

”Every system is perfectly designed to produce the results it does. If you do not like the results then you must change the system.” 

Paul Betalden

Director of the Institute for Leadership in Healthcare Dartmouth, USA, 2002

Stefan Ciepły: Panie Doktorze, od prawie dwudziestu lat, pracuje pan jako lekarz rodzinny w Växjö na południu Szwecji. Pomińmy szczegóły Pańskiej biografii i przyczyny emigracji, chciałem pana prosić o charakterystykę systemu ubezpieczenia zdrowotnego w Szwecji, a także zarysowanie zasad organizacyjnych ochrony zdrowia. 

Paweł Kula: Rozumiem, że chodzi o ubezpieczenie powszechne. Otóż każdy obywatel szwedzki, posiadający odpowiednik naszego numeru PESEL, jest z definicji ubezpieczony. To pozwala mu na korzystanie ze służby zdrowia w całej Szwecji, bez względu na adres zamieszkania. Natomiast sam system ochrony zdrowia w Szwecji jest głównie samorządowy. A ponieważ w Szwecji jest 21 regionów (odpowiedniki województw), każdy z nich posiada odmienny system ochrony zdrowia. Różnice między regionami dotyczą na przykład komitetów lekowych i wynikających z ich preferencji różnic w lekach rekomendowanych do stosowania, różnic w czasach oczekiwania na konsultacje specjalistyczne czy w końcu różnych systemach komputerowych w danym regionie. Dodam, że Szwedzi jako germański naród są bardzo zdyscyplinowani, więc oczywiście ochrona zdrowia w tych regionach jest oparta na podobnym modelu, złożony z  trzech części, a mianowicie z podstawowej opieki zdrowotnej, specjalistycznej opieki zdrowotnej świadczonej przez szpitale rejonowe oraz wysokospecjalistycznej opiece zdrowotnej świadczonej przez szpitale uniwersyteckie.

–  A portfel prywatny?

–  To jest absolutny margines, nie ma czegoś takiego. Oczywiście od każdej reguły, również w Szwecji, są odstępstwa, ale generalnie ubezpieczenia prywatne w Szwecji nie funkcjonują. Owszem, niektóre zakłady pracy mają swoich lekarzy medycyny pracy, rehabilitantów oraz psychologów, by się opiekować swoimi pracownikami w sposób szczególny. Ale generalnie każdy obywatel Szwecji od narodzin (fizjologiczne porody odbierają położne a nie lekarze ginekolodzy) po wypisanie aktu zgonu jest pod parasolem ochronnym publicznej służby zdrowia.

– Jak wygląda jej system organizacyjny?

– Jest bardzo prosty i klarowny dla pacjentów. Podstawowa opieka zdrowotna oparta jest na lekarzu rodzinnym zwanym w Szwecji allmänläkare. To znaczy, że przychodniach szwedzkich pracują niemal wyłącznie lekarze rodzinni, a nie interniści, pediatrzy czy inni specjaliści, i pełnią oni rolę jakby odźwiernych (gate keeper) do systemu. Praktycznie wszyscy pacjenci przechodzą przez przychodnie. Natomiast  specjaliści są przywiązani do szpitala, nie do swoich gabinetów.  Dlaczego? Ponieważ w Szwecji uważa się, że specjalista bez zaplecza diagnostycznego, w tym wypadku bez szpitala, to nie jest specjalista.

Ja się z tym modelem w pełni identyfikuję ponieważ on likwiduje zamęt organizacyjny oraz rozproszenie zasobów po przychodniach specjalistycznych, a w Szwecji lekarz jest towarem deficytowym.  

– Orientuje się pan ilu jest lekarzy na tysiąc mieszkańców w Szwecji? I jaki jest procent PKB na zdrowie z budżetu państwa?

– W Szwecji na 1000 mieszkańców przypada 4,3 lekarza. Dla porównania w Polsce mamy tylko 2,4 lekarza na 1000 obywateli. Średnia dla krajów OECD to 3,4 lekarza na 100 mieszkańców. Moim skromnym zdaniem w Szwecji mamy wystarczającą ilość lekarzy ale z powodu błędów organizacyjnych są oni wykorzystywani nieracjonalnie a ponadto nie ma odpowiedniego systemu motywacyjnego do bardziej wydajnej pracy. Niezależnie jak intensywnie wysokiej klasy specjalista pracuje zarabia na etacie około 90 000 koron szwedzkich i płaci około 40% podatek.

Jeśli chodzi o ilość łóżek szpitalnych to sytuacja przedstawia się odwrotnie. W Szwecji dysponujemy tylko 2 łóżkami szpitalnymi na 1000 mieszkańców a w Polsce – 6,2 łóżkami na 1000 obywateli. Średnia OECD to 4,4 łóżka na 100 mieszkańców. W Szwecji pacjent jest w szpitalu tak krótko jak to jest tylko możliwe i ani godziny dłużej. Oczywiście wiele procedur specjalistycznych wykonuje się w systemie ambulatoryjnym.

Koszty szwedzkiego państwa nadopiekuńczego w tym systemu ochrony zdrowia są wysokie. W 2021 roku Szwecja wydała 11,4% budżetu na ochronę zdrowia, Polska dla porównania 6,6%, a średnia w krajach OECD wynosiła w tym roku 9,5%. Trzeba pamiętać o tym, że Szwecja jest relatywnie bogatym krajem z produktem narodowym brutto który wyniósł w roku 2021 – 627 mld $ (liczba mieszkańców 10,3 mln). W tym samym roku Polska, której liczba mieszkańców wynosi 37,7 mln  wypracowała produkt krajowy brutto na poziomie 674 mld $.

­– W tym budżecie mieszczą się koszty leków?

– Tak. Polityka lekowa, według mnie jako byłego menadżera ochrony zdrowia w Polsce i posiadacza dyplomu MBA (Master of Business Administration), jest jedną z bardziej hojnych w świecie. Pacjenci w skali roku mogą zapłacić za leki maksymalnie 2000 koron szwedzkich, pozostałe leki, w tym najdroższe i najbardziej nowoczesne mają za darmo.

– Powiedział pan, że lekarz to towar deficytowy.

– Największy brak dotyczy lekarzy rodzinnych ze względu na wymagania. Ponieważ przybyłem do Szwecji w 2003 roku, a więc przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, mimo posiadania specjalizacji z medycyny rodzinnej – jednej z pierwszych, uzyskanej w 1994 roku w Krakowie obok m. in. dzisiejszych profesorów doktora Adama Windaka i doktora Tomasza Tomasika – ­ byłem zmuszony zrobić specjalizację od nowa. Jest ona jedną z trudniejszych tutaj, ponieważ kompetencje szwedzkiego lekarza rodzinnego są bardzo szerokie. Szwecja pod względem powierzchni jest krajem większym od Polski i ma zaledwie 10,3 mln mieszkańców, którzy są rozproszeni na dużym terytorium. Od szpitali, gdzie są specjaliści, dzielą ich często spore odległości. W tej sytuacji lekarze rodzinni muszą sobie radzić ze wszystkim. Żeby zdobyć tę specjalizację w Szwecji trzeba pracować minimum 5 lat nie tylko w przychodni ale też na wszystkich oddziałach szpitalnych.

Jeśli pacjent w lesie ścinał drzewo i piłą sobie przeciął podudzie, krwawi, to ja muszę tę ranę zaopatrzyć. Jeśli pracownik rzeźni skaleczył nożem dłoń, ja muszę tę ranę zszyć. Jeśli miało miejsce skręcenie kostki, czyli zwichnięcie stawu skokowego, to muszę takiego pacjenta przyjąć i zaopatrzyć. Jeśli pacjent ma ciało obce w oku, bo  wpadł mu metalowy opiłek do oka, to ja muszę go usunąć. Nawiasem mówiąc, każda przychodnia jest zaopatrzona w specjalne mikroskopy  – jeden do badania oka a drugi do badania ucha. Zresztą standardowe wyposażenie przychodni szwedzkiej odpowiada wyposażeniu nowoczesnego modelu Volvo. W gabinetach zabiegowych wykonujemy zabiegi z zakresu małej chirurgii. Wykonujemy rektoskopię, nakłucia stawu kolanowego czy barkowego w celu podania kortykosterydów.

– A co z badaniami obrazowymi?

– Oczywiście w przychodni nie ma aparatury do badań radiologicznych. Ale jeśli pacjent ma złamaną kończynę czy zwichnięty staw, to najnormalniej w świecie piszę e-skierowanie a pacjent po przebyciu drogi do szpitala jest natychmiast prześwietlany i w razie potrzeby trafia do ortopedy.  Natomiast gdy podejrzewam jakimkolwiek złośliwy nowotwór na przykład jamy brzusznej to piszę specjalne skierowanie i taki pacjent trafia na tomografię albo kolonoskopię, natychmiast. Wszelka korespondencja allmänläkare z kolegami specjalistami ze szpitala rejonowego odbywa się przez internet.

Lekarze specjaliści odpowiadają wyczerpująco na wszelkie skierowania od lekarzy rodzinnych  (i na skierowania na konsultacje specjalistyczne i na skierowania na hospitalizacje w trybie ostrym i planowym).   

Ponadto allmänläkare ma możliwość zapoznania się z dokumentacją szpitalną swoich pacjentów kierowanych do szpitala rejonowego (dotyczy to komputerowych kartotek pacjentów z chorobami somatycznymi i psychicznymi).

Każdy lekarz rodzinny pracujący w podstawowej opiece zdrowotnej wie jak ważna jest w kompleksowym podejściu do pacjenta informacja od kolegów specjalistów. Dotyczy to zwłaszcza pacjentów z chorobami przewlekłymi i rzadkimi.

– Ale kto decyduje o zakresie badań? Co panu wolno, a co przekazuje pan specjalistom?

Panie redaktorze, kompetencje lekarza rodzinnego w Szwecji są praktycznie nieograniczone, ponieważ to my mamy klucz do systemu. Nie nadużywamy konsultacji specjalistycznych dlatego, że  nie wypada specjalistów obciążać błahymi sprawami bo ich czas jest bardzo cenny a oczekiwanie na konsultacje specjalistyczne wynosi kilka miesięcy (państwo daje obywatelom szwedzkim gwarancje konsultacji specjalistycznej w ciągu 3 miesięcy ale w przypadku niektórych specjalności ten termin nie jest dotrzymywany). Dlatego szwedzcy pacjenci doceniają i wykorzystują szerokie kompetencje swoich lekarzy rodzinnych, od dermatologii po ginekologię, od endokrynologii po kardiologię, od naszych małych pacjentów których rozwój kontrolujemy i szczepimy ich zgodnie ze szwedzkim kalendarzem szczepień po naszych seniorów, którymi opiekujemy się nie tylko w ich domach ale również w szwedzkich äldreboende (odpowiednik polskiego zakładu opiekuńczo-leczniczego). Należy pamiętać że ponad 20% szwedzkich obywateli to ludzie w wieku 65 plus. Dlatego często naszymi pacjentami są osoby w wieku 80 plus a nawet 90 plus, dlatego szwedzcy lekarze rodzinni muszą również znać podstawy geriatrii.

– A czy lekarze rodzinni nie próbują zlecaniem badań specjalistycznych, poniechać terapii, nim cokolwiek zaczną robić? 

– Nie ma tego rodzaju praktyk z dwóch powodów. Jako szwedzki allmänläkare mogę zrobić wszystkie badania krwi, laboratoryjne w przychodni (bez żadnych ograniczeń) więc moje możliwości diagnostyczne są bardzo duże. Podobnie z diagnostyką obrazową, ja nie muszę absorbować specjalisty, wysyłam pacjenta sam na badanie, które mi jest potrzebne do diagnozy. Ale niezależnie funkcjonuje mechanizm, chroniący  system przed nadużywaniem zleceń do specjalistów. Mianowicie ci ostatni mają prawo odmówienia konsultacji, o czym informują lekarza rodzinnego zwrotną drogą zwrotną komputerową.Oznacza ona, że skierowanie nie zostało zaakceptowane, ale bez uwag typu: „Kolego lekarzu rodzinny, to powinieneś wiedzieć!”, tylko z zaleceniem „Proszę jeszcze uzupełnić diagnostykę o następujące elementy” – i  wtedy ewentualnie należy ponowić skierowanie. Generalnie statystyka pokazuje, że allmänläkare szwedzcy kierują do specjalistów od 5 do 10 procent przypadków. To naprawdę mało.

Jest natomiast kwestia kluczowa w systemie. Szwedzki lekarz rodzinny ma pod opieką 2 tys. pacjentów. Wbrew pozorom to  bardzo dużo, zważywszy na rozległość kompetencji. W Norwegii, gdzie pracowałem, jest ich o połowę mniej to znaczy trochę ponad 1000. I politycy wszystkich opcji w Szwecji są zgodni, że powinniśmy zmierzać w kierunku norweskiego standardu. Jako obywatel Królestwa Szwecji głosuję na polityków szwedzkich którzy obiecują poprawę systemu ochrony zdrowia, ale jako lekarz pracujący w Szwecji od prawie 20 lat jestem realistą. Komfort pracy profesjonalistów medycznych i jakość opieki nad pacjentami jest pochodną finansowania i organizacji ochrony zdrowia.

– Braki uzupełnia się lekarzami z Polski…

– I z innych krajów, z Węgier, Hiszpanii, Grecji, a nawet Niemiec. Zarobki są wysokie, import lekarzy do Szwecji jest permanentny. Około 30 procent lekarzy stanowią „kolorowi” z zagranicy (należą tu też Polacy, których jest bardzo dużo).

– Chciałbym, żeby pan jeszcze scharakteryzował system od strony technicznej. Jak wyglądają pańskie godziny pracy, dyżury, zasady przyjęć pacjentów, ewentualne wystawianie zwolnień.

– W przychodniach pracujemy w dni powszednie między 8 a 17. Przez resztę doby jako lekarze rodzinni przyjmujemy pacjentów na tzw. centralach dyżurowych, czynnych też w weekendy i święta. Na ostry dyżur w szpitalach, ale tam trafiają wyłącznie pacjenci, kierowani przez lekarzy rodzinnych. Ściślej mówiąc, pierwszej selekcji dokonują pielęgniarki, kwalifikując pacjenta w ogóle do wizyty u lekarza rodzinnego. Później my zlecamy terapię lub decydujemy, czy pacjent wymaga opieki specjalistycznej. W tej ostatniej kwestii, jako allmänläkare zawsze mam prawo podnieść telefon i natychmiast uzyskać połączenie z lekarzem szpitalnym, który w danym dniu udziela konsultacji.

– Gdzie może Pan zadzwonić?

– Do szpitala rejonowego, tak go nazwijmy, gdzie zawsze pod telefonem, od 8 do 17 jest konsultant, który odpowiada na pytania lekarzy rodzinnych, w koniecznych wypadkach sam kontaktujący się ze specjalistami. Co ten system różni zdecydowanie od polskiego? Że lekarzem pierwszego kontaktu wcale nie jest lekarz, a wykwalifikowana pielęgniarka.  System jest tak skonstruowany, że do lekarza ogólnego można się zarejestrować wyłącznie telefonicznie, chyba że ma miejsce wypadek, albo ambulans przywiózł pacjenta z zawałem do przychodni. I te pielęgniarki rejonowe, bardzo dobrze wyszkolone, selekcjonują pacjentów, a jeśli ich zdaniem przypadek nie wymaga wizyty w przychodni, udzielają porad: jak zadbać o siebie w przypadku przeziębienia w domu, natomiast skomplikowanych pacjentów rejestrują do lekarzy ogólnych. W związku z tym w Szwecji tak naprawdę nie ma lekarza pierwszego kontaktu. Jest pielęgniarka pierwszego kontaktu i żeby się do mnie dostać, pacjenci czasem muszą czekać nawet kilka dni, chyba że w grę wchodzi ostry przypadek.

– To jak w rezultacie wygląda pańska codzienna praca?

Praca w szwedzkiej przychodni odbywa się na zasadzie team work, czyli jest zespołowa. Na zespół składa się lekarz, pielęgniarka, podpielęgniarka, sekretarka medyczna, rehabilitant medyczny i psycholog. Nie ma w Szwecji przychodni bez rehabilitanta i psychologa, ponieważ te dwie grupy chorób – układu ruchu i problemów psychicznych są szczególnie powszechne.

– Odbywa pan też wizyty domowe?

– Rzadko. Każda przychodnia ma na wyposażeniu auta do dyspozycji lekarzy i pielęgniarek, zwykle elektryczne. Generalnie jednak nasz czas lekarzy rodzinnych jest tak cenny, że nie możemy tracić czasu na wizyty domowe. Zwykle przeprowadzają je podpielęgniarki, które się opiekują pacjentami obłożnie chorymi. One też mają samochody służbowe i często, przywożą tych pacjentów do przychodni na wizyty.  Oczywiście wizyta domowa zdarza się też w mojej praktyce, ale mój czas jest na to zbyt cenny. To nie megalomania, tylko standard systemowy.

– Wspomniane choroby psychiczne to pośrednio konsekwencja klimatu? Warunków przyrodniczych na północy kontynentu?

– Tak, i trudno się zaadaptować, wiem to z własnego doświadczenia, gdy żyje się w kraju, w którym ilość dni słonecznych jest niewielka, często pada deszcz, im dalej na północ, dzień jest krótszy, a na samej północy panuje noc polarna. Nie mówię już o temperaturach. Niemniej znaczenie ma nie tylko klimat atmosferyczny, ale też klimat społeczny. 50 procent gospodarstw domowych ma charakter jednoosobowy. Ludzie żyją na tej rozległej powierzchni i  nawet ich dystans w mieście jest zazwyczaj spory. My się tylko spotykamy na parkingu czy spacerze z psem i pozdrawiamy „Hej, hej!”. Ale żeby się spotkać przy kawie, trzeba się umówić z kilkudniowym wyprzedzeniem.

– Ilu pan pacjentów przyjmuje dziennie?

Dziennie 15-20 osób, ale ta  liczba nie jest porównywalna z polskimi realiami. Po pierwsze nie przyjmujemy lżejszych przypadków, którymi zajmują się pielęgniarki, do nas docierają tylko te najtrudniejsze. Po drugie obok tych 15-20 skomplikowanych pacjentów, udzielamy bieżącej konsultacji naszym pielęgniarkom, które przyjmują pacjentów, a potrzebują jednak pomocy. Jeśli trzeba wypisać lek, to niektóre proste leki mogą wypisywać pielęgniarki rejonowe, ale w większości muszą je wypisywać lekarze. E-recepta w Szwecji funkcjonuje od ponad 20 lat.

– A zwolnienia lekarskie?

          – Dotknął pan drażliwego problemu. Szwecja, jak wszystkie inne kraje skandynawskie, to jest jedna wielka biurokracja. Ilość przeróżnych zaświadczeń na rozmaite okoliczności, badań kierowców, osób z cukrzycą czy chorobami neurologicznymi, badań dzieci, zwolnień dla rodziców opiekujących się dzieckiem, przeróżnych zaświadczeń dla niepełnosprawnych, dla uzyskania określonych zasiłków, dla emerytów, to jest ogrom zadań, a zwolnienia lekarskie to jest nasz chleb powszedni. Szwedzi należą absolutnie do czołówki, o ile nie są pierwsi na świecie, jeżeli chodzi o ilość i długość zwolnień lekarskich. Wypełnienie bardzo skomplikowanych formularzy, w których trzeba odpowiedzieć na szereg pytań dla kasy, zajmującej się wypłatami zasiłków dla przebywających na zwolnieniach lekarskich, to jest horendum.

          Formalnie, ja tego nie muszę robić sam, odpowiadam za treść merytorycznie. Praktycznie, jako lekarze nie musimy nic pisać, bo mamy dyktafony, na których dyktujemy sekretarkom medycznym dosłownie wszystko: treść kartotek komputerowych i treść skierowań do specjalisty, do badań radiologicznych.

          – W Szwecji dokonała się ostatnio zmiana polityczna na tle m.in. polityki imigracyjnej. Jest pan „kolorowy”, tyle że od 20 lat ustabilizowany w Szwecji. Jak pan widzi rządy konserwatystów…

– Nie jest po szwedzku przyznawać się do poglądów politycznych, nie rozmawia się tutaj ani o polityce, ani o religii. Jako Polak ustabilizowany także obywatelstwem szwedzkim cieszę się z tej zmiany. Uważam, że poprzednie rządy lewicowe zbytnio rozpieściły te rzesze przybyszów z różnych krajów świata. 26 % populacji szwedzkiej to są ludzie, którzy mają korzenie w innych krajach. Owszem, są wśród nich Polacy, Węgrzy, czy inni ludzie ze zbliżonej kultury europejskiej. Ale jeśli pojawiają się przybysze z Afryki czy Azji, to oni często nie podzielają wartości, w których my wyrośliśmy.

Na szwedzkich monetach króla Gustava VI Adolfa była jego dewiza: „Plikten framför allt” („Obowiązek przede wszystkim”). Wspomniani przybysze przyjeżdżają do Szwecji lekceważą obowiązek, chcą przede wszystkim korzystać z socjalu. Jako lekarz rodzinny spotykam ich na co dzień i widzę jak bardzo są roszczeniowi, mimo że przyjechali z krajów biednych, czasami ogarniętych wojną. Oni są przekonani, że w Szwecji wszystko im się należy. Często przybysze z tych egzotycznych krajów w rodzaju Somalii, Erytrei, Afganistanu, Syrii, Iraku czy Iranu nawet nie uczą się języka szwedzkiego. Żyją w swoich gettach, a przychodząc do lekarza – z punktu widzenia obowiązujących w Szwecji przepisów – mają prawo do korzystania z tłumaczy. Skąd wziąć znawców różnych egzotycznych języków i dialektów? Używamy telefonicznych tłumaczy, telefon leży na biurku lekarza, i przez zdalnego tłumacza, ustalam dolegliwość pacjenta. To trwa w nieskończoność, przedłuża konsultację lekarską. Co innego, gdy przychodzi do nas imigrant z Polski, Węgier, krajów byłej Jugosławii, większość rozmawia z lekarzem po szwedzku. Natomiast ci emigranci z krajów egzotycznych są w Szwecji wiele lat i wciąż wymagają tłumacza, bo im się wszystko należy…

– Ostatnie pytanie dotyczy prestiżu lekarza w Szwecji?

– Jest bardzo wysoki. Przyjeżdżając do Szwecji nie miałem świadomości, że będę tam w pewnym sensie VIP-em. A ponieważ pracowałem na prowincji, cała okolica wiedziała, że przyjeżdża małżeństwo polskich lekarzy i byliśmy naprawdę przyjęci z otwartymi rękami. Lata emigracji potwierdziły nasz wysoki prestiż. I to niekoniecznie ze względów na dochody, ponieważ zarobki w wielu innych zawodach w Szwecji są dobre. Wcale nie decydowała kwestia materialna, tylko zaufania społecznego.

Studia medyczne w Szwecji są jednymi z najtrudniejszych i praktycznie, żeby się na nie dostać w Szwecji, trzeba mieć najwyższą średnią z wielu przedmiotów. Lekarzy są w rezultacie uważani za szczególną grupę światłych ludzi. Cieszą się też szczególnym prestiżem, bo ich po prostu brak. W Szwecji, by żyć wygodnie, nie jest konieczne wyższe wykształcenie czy nawet wyjątkowa praca, bo system wynagrodzeń jest tak skonstruowany, że osoby wykonujące proste zawody, też zarabiają dobrze i żyją na przyzwoitym poziomie. Więc jeśli ktoś studiował medycynę, później zrobił specjalizację, to najnormalniej w świecie jest kimś wyjątkowym, zasługującym na wysoki prestiż. Nie narzekam. Rozmawiał: Redaktor Stefan Ciepły

Klimakterium czyli przekwitanie

Menopauza”przekwitanie”klimakterium (gr. meno – miesiąc i pausis – przerwa, zatrzymanie) jest trwałym fizjologicznym zatrzymaniem cyklu miesiączkowego z powodu ustania jajnikowej syntezy estrogenów oraz progesteronu. W czasie okresu płodnego kobiety produkują hormony płciowe regulujące cykle miesięczne: estrogen i progesteron.

W sensie klinicznym, menopauza to u kobiet dzień następujący po zakończeniu ostatniej w życiu miesiączki. Datę tę ustala się wstecz, po upływie 12 miesięcy bez wystąpienia ponownej menstruacji. Po takim okresie kobieta uznawana jest za niepłodną, bez możliwości zajścia w ciążę.

W potocznym rozumieniu menopauzą nie określa się jednego dnia, lecz kilkuletni okres przed i po jej rozpoczęciu, tzw. „lata przejściowe”. Czas ten określa się jako klimakterium, a ostatnio jako „perimenopauza” (w dosłownym znaczeniu „około-menopauza”).

W ujęciu ewolucyjnym (według hipotezy babki) menopauza występuje u gatunku ludzkiego, ponieważ niepłodność u kobiet w późnym wieku niesie za sobą korzyści dla ewolucji – starsze kobiety mogą poświęcić swój czas na opiekę nad swoimi dziećmi oraz wnukami.

W okresie przekwitania spadek produkcji estrogenu odpowiada za uderzenia gorąca, bezsenność i huśtawki nastroju, w późniejszym okresie również za osteoporozę oraz atrofię pochwową. Objawy takie jak atrofia pochwowa i suchość skóry utrzymują się nawet po menopauzie.

Średni wiek rozpoczęcia klimakterium to 51-52 lata, a ostatnia miesiączka u kobiety występuje zwykle pomiędzy 45. a 55. rokiem życia.

Premenopauza trwa 3-4 lata. Przed menopauzą miesiączki są nieregularne, obfite lub skąpe.

Bez leczenia objawy klimakterium ustępują stopniowo, zwykle po 5 latach. Ale niektóre kobiety cierpią przez 10 lat.

Temat tabu

Temat wstydliwy, temat tabu zwłaszcza w życiu zawodowym, ponieważ klimakterium kojarzy się z niestabilnością psychiczną. Czasami współpracownicy reagują złośliwymi komentarzami, kiedy kobiety w okresie przejściowym zmniejszają temperaturę klimatyzacji.

44% kobiet pracujących w Szwecji, czyli 1,3 mln jest w wieku przejściowym.

Niektóre firmy mają klimakteriepolicy tak samo jak mają specjalną politykę dla kobiet w ciąży lub w czasie urlopów macierzyńskich.

Stereotypowy obraz kobiety w czasie klimakterium. Dla części kobiet zakończenie miesiączkowania jest pozytywnym przeżyciem i nowym podejściem do seksualności.

Dla innych kobiet menopauza oznacza sytuację kryzysową – smutek i strach przed starzeniem się.

Jeszcze inne kobiety cierpią z tego powodu, że przestają być płodne i nie mogą mieć dzieci. Płodność przez wielu jest uważana za ważną cechę kobiecości.

Historia hormonów płciowych

Hormony płciowe: estrogen, progesteron i testosteron odkryto w latach 1920. Otrzymywano je z końskiego moczu – bardzo droga produkcja. Chłopi dostawali więcej za koński mocz niż za krowie mleko.

Pierwsza terapię hormonalną zarejestrowano w USA w 1942 roku. Uważano, że kobieta po menopauzie gaśnie i starzeje się a terapia estrogenami traktowano jako pewnego rodzaju eliksir młodości.

Reklama dla tej terapii przekonywała, że kobieta będzie w dalszym ciągu piękna i w dobrym humorze.

Objawy przekwitania

Nie każda kobieta odczuwa objawy menopauzy. Około 1/3 wszystkich kobiet nie odczuwa innych objawów niż nasilenie, a potem zatrzymanie miesiączki. Kolejna 1/3 kobiet odczuwa objawy umiarkowane. Natomiast pozostała 1/3 kobiet odczuwa bardzo silne objawy o przedłużonym czasie trwania.

Charakterystycznym objawem są uderzenia gorąca – nagłe zmiany temperatury ciała. Wrażenie „uderzenia” występuje, gdy podwyższająca się temperatura ciała osiąga szczyt, a następnie nagle opada do normalnej. Uderzenia gorąca mogą podnieść temperaturę ciała nawet o kilka stopni w krótkim czasie i spowodować uczucie osłabienia, zasłabnięcie i silne pocenie.

Objawy naczynioruchowe: uderzenia gorąca, bóle głowy, poty nocne.

Objawy psychiczne: uczucie zmęczenia, drażliwość i zaburzenia koncentracji, osłabienie pamięci, zmniejszone libido, huśtawki nastrojów, depresja, zaburzenia snu.                                                

Objawy ze strony narządów płciowych: suchość pochwy, zanikowe zapalenia pochwy, dyspareunia, nawracające zapalenia dróg moczowych, świąd w czasie oddawania moczu, nietrzymanie moczu.

Objawy ze strony tkanki łącznej: osteoporoza – utrata masy kostnej.

Objawy ze strony skórytkanki miękkiej: cienkość skóry, zmniejszenie elastyczności, zanik gruczołu piersiowego

Leczenie

Chociaż pomenopauza jest naturalnym etapem życia, jej dokuczliwe objawy mogą być zmniejszane poprzez hormonalną terapię zastępczą.

Hormone replacement therapy

Oprócz łagodzenia objawów uderzeń gorąca, Hormonalna terapia zastępcza jest skuteczną metodą leczenia osteoporozy.

Jeśli kobieta ma macicę estrogen plus gestagen, który zapobiega nadmiernemu wzrostowi śluzówki macicy. Jeśli kobieta nie ma macicy tylko estrogen.

Estrogeny w formie tabletek, plastrów i żeli. Oprócz estrogenów również syntetyczny progesteron, czyli gestagen.

Przeciwskazania

Udar mózgu, rak piersi, rak macicy, zakrzepica kończyn dolnych, zakrzepica płuc.

Przed HRT badanie lekarskie: ciśnienie krwi, mammografia, badanie ginekologiczne.

W trakcie HRT zalecane są kontrolne badanie lekarskie (co 2 lata): ciśnienie krwi, mammografia, badanie ginekologiczne.

Atrofia pochwowa

Powszechnym problemem okresu perimenopauzy jest uczucie suchości pochwy. Istnieją różne produkty dla różnych zastosowań: niektóre kobiety odczuwają suchość nie tylko podczas stosunku i dzięki środkom nawilżającym mogą czuć się komfortowo przez cały czas. Kobiety, które potrzebują lubrykantów jedynie podczas seksu, mogą ich używać tylko w tych sytuacjach.

Niskodawkowe dopochwowe produkty estrogenowe, np. w postaci kremu, są na ogół bezpiecznym sposobem przyjmowania estrogenu w celu zlikwidowania suchości i zanikania śluzówki pochwy.

Antydepresanty

Wenlafaksyna (Effexor) skutecznie używana jest w leczeniu uderzeń gorąca, poprawianiu snu, nastroju i jakości życia.

Minimalizm, czyli z umiarem przez życie

Z jednej strony żyjemy w kulturze przesytu, z drugiej – coraz wyraźniej zauważamy potrzebę redukcji nadmiaru, który nas otacza. Od czego zacząć, by odnaleźć spokój i zadowolenie w minimalistycznym podejściu do życia?

Religia konsumpcjonizmu a przewartościowanie

Obserwujemy ludzi zmęczonych nadmiarem, którzy postanawiają zredukować swój stan posiadania. Powrót na łono przyrody zamiast betonowej rzeczywistości miasta, redukcja zamiast kolekcjonowania rzeczy, pomniejszenie listy zadań zamiast pracoholizmu i wyścigu szczurów, wolno zamiast szybko. Takie przewartościowanie dokonuje się ostatnio na naszych oczach. Zmęczeni kapitalistycznym pędem tęsknimy do pierwotnych wartości, za cenę świętego spokoju jesteśmy w stanie poświęcić nawet przyrastające zera na koncie. Minimalizm i pokrewne mu podejścia, takie jak esencjalizm, slow life, zero waste, coraz wyraźniej w nas rezonują. Dają ukojenie i odpuszczenie. Już nikogo nie dziwi, że znajomy rzuca bezpieczny etat w korporacji i uruchamia swój mały pasjo-biznes, zadeklarowany mieszczuch zakłada agroturystykę na Mazurach. A koleżanka – dotąd polująca na wyprzedażach w galeriach – zaczyna ubierać się w second-handach.

Moda czy konieczność?

Jeździmy na wyjazdy w duchu slow, segregujemy śmieci, rezygnujemy z fast fashion na rzecz ciuchów z drugiej ręki, medytujemy i uprawiamy jogę, jemy roślinnie, protestujemy przeciwko wycince lasów, usuwamy nadmiar rzeczy z naszego otoczenia. Coraz bardziej świadomi zagrożeń płynących z kapitalistycznej machiny. Planeta tego potrzebuje, człowiek tego potrzebuje – przebodźcowany, zmęczony faktem, że jest obiektem coraz bardziej wyrafinowanych zabiegów marketingowych. Czy to nie jest swego rodzaju eskapizm? Ucieczka od nadmiaru bodźców, z którymi współczesny umysł sobie nie radzi? Jeśli nawet, to moda zdecydowanie bardziej humanitarna niż królujący do niedawna trend dążenia do sukcesu, przepracowania, bycia ciągle zajętym i podłączonym do sieci, zaśmiecania planety coraz to nowymi gadżetami.

Higiena psychiczna

Minimalizm idzie w parze nie tylko z dbaniem o ekologię, ale także z troską o siebie i własną psychikę. Bo czy nadmiar (pracy, bodźców, rzeczy, trudnych relacji) nie jest odpowiedzialny za nasz codzienny stres i złe samopoczucie? Nadmiar pracy łatwo może wpędzić w pracoholizm lub wypalenie zawodowe. Nadmiar wyniszczających relacji może przyczynić się do depresji. Nadmiar przedmiotów, o które trzeba dbać, sprzątać, ubezpieczać, troszczyć się, rodzi w nas stres i nadmierne przywiązanie do rzeczy. Minimalizm pomaga oczyścić z nadmiaru swoje otoczenie i przewietrzyć głowę.

Czym tak naprawdę jest? Dla każdego jest czymś innym. Każdy definiuje go po swojemu i adaptuje do tych dziedzin życia, które najbardziej wymagają uporządkowania. Dla niektórych minimalizmem będzie zrewidowanie swojej garderoby, dla innych to prostota i oszczędność dodatków w urządzaniu wnętrz. Ktoś powie, że minimalizm to dla niego uwolnienie od niszczących relacji. Tak naprawdę minimalizm to narzędzie, które pomaga nam uprościć życie na rozmaitych płaszczyznach. Powiem więcej – dla mnie minimalizm to narzędzie autoterapeutyczne. Gdy zrozumiałam, że można tę filozofię przełożyć na życie duchowe, podejście do pracy i do relacji, olśniło mnie. Przecież orężem minimalizmu można walczyć ze stresem dnia codziennego, redukując nadmiar bodźców, porządkując rzeczywistość wokół siebie. Możemy uszczuplić listę kontaktów z toksycznymi ludźmi w naszym otoczeniu. Możemy zredukować projekty zawodowe do tych najbardziej wartościowych i satysfakcjonujących.

Dąż do esencji

Esencjalizm to filozofia bliska minimalizmowi, jednak akcent jest tu położony na unikanie wielozadaniowości i stanu bycia wiecznie zajętym. Jako alternatywę esencjalista proponuje robienie mniej, ale lepiej. Wygórowane potrzeby konsumpcyjne sprawiają, że pracujemy coraz więcej i sami siebie wpędzamy w spiralę zarabiania i wydawania pieniędzy na rzeczy, których nie potrzebujemy.

Esencjalizmem rządzi prawo redukowania zadań zawodowych w duchu wyznawanych wartości. To trochę jak znaleźć swoje maksimum w minimum, skupić się na jednej rzeczy, która przynosi nam największą satysfakcję. Esencjalista to osoba, która mówi „nie”. Nie chodzi tu o nieco spowszechniałą już asertywność. Greg McKeown sporo uwagi poświęca temu, że współczesny świat wymaga od nas ciągłego mówienia „tak”. Reklamy krzyczą do nas: „Chcesz mieć piękne włosy? Wypróbuj szampon z super nowatorską formułą”, „Chcesz by Twoje dziecko dobrze się rozwijało i ćwiczyło kreatywność? Kup mu siedemnastą zabawkę, podobna do kilku poprzednich”. Jesteśmy przyzwyczajeni do odpowiadania „tak”, bo uczą nas tego wytrwale spece od marketingu. Świat reklamy kreuje kolejne nowe potrzeby i problemy, na które rozwiązaniem jest zakup danego produktu. Powściągliwość wobec nowych propozycji, które oferuje nam świat, jest zdaniem esencjalistów jedną z najważniejszych umiejętności człowieka XXI wieku. Georg McKeown w książce mniej ale lepiej pisze: „Oczywiście nie chodzi o to, żeby automatycznie odrzucać wszelkie prośby. Trzeba odrzucać rzeczy nieistotne, żeby móc zgadzać się na to co naprawdę ważne. Tajemnica sukcesu polega na częstym i uprzejmym odrzucaniu wszystkiego, co nie jest naprawdę istotne”.

Zasada Pareto

Greg McKeown pisze o znanej ekonomicznej zasadzie Pareto, którą z łatwością można przełożyć na nasze codzienne wybory. Reguła ta mówi, że dwadzieścia procent naszych działań generuje osiemdziesiąt  procent rezultatu. Zdaniem McKeowna powinniśmy skupić się na tych dwudziestu procentach, które mają dla nas najwyższy priorytet i są zgodne z naszymi wartościami, a z reszty zrezygnować.

I tak średnio dwadzieścia procent klientów przynosi firmom osiemdziesiąt procent zysku, przez osiemdziesiąt procent czasu nosimy dwadzieścia procent ubrań ze swojej szafy, dwadzieścia procent działań zawodowych generuje osiemdziesiąt procent naszego dochodu. Zaskakujące? Dla mnie było to dość dużym odkryciem i postanowiłam poszukać swojego Pareto w różnych obszarach życia. Okazało się że spokojnie mogę zrezygnować z niektórych ubrań w szafie, oddając je komuś innemu. Mogę odpuścić sobie niektóre działania zawodowe. Usunąć newsfeed z Facebooka, zostawiając tylko opcję kontaktu z innymi poprzez Messenger (zrobiłam to poprzez aplikację Kill Newsfeed – polecam wszystkim sfrustrowanym nadmiarem reklam na Facebooku). Może Wy też wybierzecie się na wycieczkę w poszukiwaniu złotego Gralla Pareto?

Nieustający wyścig

Podobnym odkryciem jest książka McKeowna o esencjalizmie, była dla mnie Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia Ulricha Schnabla. To lektura o odpuszczaniu sobie, która warto mieć w swojej biblioteczce, jeśli interesujecie się ruchem slow life. Oto wycinek z niej „Wszechobecne uczucie zagonienia w dużej mierze wynika z nieustannego poszukiwania oraz niezdolności do zadowolenia się aktualnym stanem posiadania. Dlatego tacy filozofowie jak Epikur, jak również nauczyciele buddyjscy, zawsze podkreślali, że droga do szczęścia polega raczej na wyzbyciu się pragnień niż na ich spełnianiu. W przeciwnym razie nieustannie poganiani przez poziom naszej dopaminy i przez ciągle nowe zachcianki nigdy nie zaznamy spokoju”.

Schnabel opisuje bolesny syndrom naszych czasów i przekaz, który otrzymujemy już na poziomie podstawowej edukacji. Kto nie jest wiecznie zagoniony i zajęty, nic nie osiągnie. Człowiek sukcesu to ten, który wciąż nie ma na nic czasu. Taki wzorzec realizują najmłodsi. Zamiast pozostawić dzieciom czas na swobodną zabawę, niespieszne eksplorowanie świata, my dorośli czujemy przymus nieustannego podsuwania im zajęć dodatkowych i kół zainteresowań. A przecież nuda jest dla najmłodszych niezwykle twórcza. To dzięki niej uruchamia się nieokiełznana dziecięca wyobraźnia. To ona potrafi zamienić zwykły kawałek kartonu w kosmiczną rakietę, a starą miskę w piracki statek. Pamiętajmy, że już w dorosłym życiu mogą nie znaleźć czasu na zwykłe nicnierobienie, pochłonięci przez obowiązki studenckie, zawodowe i rodzinne.

Korzyści z prostoty

Jeśli jeszcze zastanawiasz się, czy wejść na ścieżkę prostoty i poeksperymentować z minimalizmem, przeczytaj, jakie korzyści z niego płynące zebrał Micheal Ofei, autor jednego z najbardziej popularnych blogów poświęconych minimalizmowi:

  1. Minimalizm zmienia sposób, w jaki spostrzegasz sukces.
  2. Przestajesz martwić się tym, jak jesteś postrzegany przez innych.
  3. Minimalizm pozwala wydawać Ci mniej.
  4. Minimalizm przyczynia się do większej dbałości o środowisko – less waste.
  5. Minimalizm jest piękny w swojej prostej estetyce.

Dopisałabym do tego zestawu także kilka osobistych refleksji na temat zmian, które zaszły w moim życiu pod wpływem minimalizmu. Jednocześnie zaznaczam, że nie jestem minimalistką w pełnym tego słowa znaczeniu. Raczej określiłabym się jako miłośniczkę prostoty. Nadal zdarzają mi się słabości, zachcianki, grzechy konsumpcjonizmu. Ale bardziej niż cel liczy się dla mnie droga. A więc:

  1. Nauczyłam się odpoczywać, dałam sobie przyzwolenie na relaks.
  2. Przekonałam się, że wypoczęty umysł świetnie zapobiega stanom przygnębienia i zwątpienia.
  3. Uczę się od mojego syna radości z prostych rzeczy i zachwytu nad światem.
  4. Porządkując przestrzeń wokół siebie, czuję, że taki sam porządek zaczyna panować w moich myślach.
  5. Nauczyłam się odmawiać propozycjom zawodowym, które z jakichś powodów mi nie odpowiadają.
  6. Smakuje mi niesamowicie prosta, roślinna kuchnia.
  7. Doceniam proste przyjemności, ostatnio jest to możliwość oglądania gwiazd nocą z mojego tarasu.

Może Ty tez zechcesz dopisać do listy swoją historię upraszczania?

Ćwiczenie 1

Minimalizowanie

Poniżej znajdziesz kilka płaszczyzn życia, które można przefiltrować przez narzędzia minimalizmu. Zastanów się i zaznacz, które z nich wymagają uporządkowania w Twoim życiu? W których sferach chcesz pozbyć się nadmiaru?

  1. Szafa

Zredukowanie garderoby czy stworzenie tzw. szafy kapsułowej (mamy kilkanaście zestawów, które możemy dowolnie miksować i które dobrze się ze sobą łączą) pomaga zaoszczędzić nie tylko czas. Ułatwia codzienne wybory, przyczynia się do kupowania mniejszej ilości ubrań i niepoddawania się pokusom zakupowym.

  • Dom, gruntowne porządki

Nie jest odkryciem, że porządek wokół nas skutkuje większym ładem myśli i spokojem psychicznym.

  • Relacje z innymi

Czy są relacje, w których czujesz się wypalony? Które wnoszą do Twojego życia więcej niepokoju niż wsparcia? Esencjalizm uczy mówienia „nie” takim toksycznym związkom z innymi.

  • Korzystanie z mediów społecznościowych i internetu

Czy czujesz, że spędzasz w sieci nadmiar czasu?

  • Projekty zawodowe

Czy są takie, z którymi chciałbyś się pożegnać lub zastąpić innymi, bardziej spójnymi z Tobą? Pomyśl o redukcji i – zamiast łapać wiele srok za ogon – skup się na jednej lub kilku rzeczach, które prowadzą Cię do satysfakcjonujących rezultatów i rozwoju w tych dziedzinach, w jakich się spełniasz.

  • Transport

Chcesz minimalizować swój wkład w zanieczyszczanie środowiska? Przesiądź się na rower, chodź piechotą, spaceruj. Kiedy możesz, ogranicz używanie auta z korzyścią dla swojego zdrowia i planety.

Ćwiczenie 2

Jak zostać esencjalistą?

Poniżej praktyczne wskazówki, jak wprowadzić esencjalizm do swojego życia, inspirowane lekturą Esencjalisty. Zastanów się, które z nich warto wprowadzić do Twojego życia.

  1. Skup się na rzeczach, które rzeczywiście prowadzą Cię do rezultatów.
  2. Unikaj rozproszenia, dąż do esencji.
  3. Naucz się odmawiać propozycjom, które nie prowadzą Cię do żadnego celu.
  4. Zlikwiduj szum informacyjny wokół siebie. Zrób porządek w e-mailach, social mediach, usuń zbędne newslettery i inne rozpraszacze.
  5. Unikaj pokus zakupowych, omijaj centra handlowe.
  6. Doceń to, co już masz.
  7. Kolekcjonuj przeżycia, a nie rzeczy.
  8. Kolekcjonuj się, czy dany zakup jest potrzebą, czy tylko zachcianką.
  9. Doceń prostotę w każdym aspekcie życia (proste gotowanie, proste wnętrza, proste przyjemności np. kontakt z naturą).

Marta Nowakowska, Trening Psychologiczny, Charaktery nr 12/2020-1/2021. Psycholog i trener umiejętności psychospołecznych. Wykłada na Collegium Da Vinci w Poznaniu. Współpracuje jako psycholog z Akademią Dobrej Edukacji oraz portalem: opsychologii.pl

Zapalenie żołędzi i napletka

Występowanie

Częsta przyczyna zgłaszania się do lekarzy pierwszego kontaktu, urologów lub dermatologów.

Praktycznie nie występuje u chłopców i mężczyzn obrzezanych.

Często spotykany problem u małych chłopców, u których napletek nie odprowadza się całkowicie (nie można go zsunąć tak, aby cały żołądź był widoczny), co sprawia trudności skutecznego usuwania mastki.

Przez zapalenie żołędzi i napletka przechodzi niemal każdy chłopiec zwłaszcza w wieku 2–6 lat.

U mężczyzn częstość zapalenia żołędzi rośnie w starszym wieku, również z powodu problemów z higieną oraz w związku z innymi chorobami (np. cukrzycą).

Przyczyny:

  1. Najczęstsza przyczyna jest nadmierna higiena. Kiedy śluzówka lub skóra jest wysuszona łatwiej dochodzi do inwazji bakterii lub grzybów.
  2. Niedostateczna higiena jest najczęstsza przyczyna zapalenia żołędzi. Pod napletkiem gromadzi się tzw. mastka, czyli złuszczony nabłonek, mocz i bakterie, które je rozkładają. Stulejka, czyli zwężenie napletka, może stanowić przyczynę trudności w stosowaniu odpowiedniej higieny i sprzyjać stanom zapalnym napletka i żołędzi.
  3. Podrażnienie. Powierzchnia żołędzi jest bardzo wrażliwa i łatwo ulega podrażnieniu przez różne substancje, jak środki higieny (mydła, żele lub płyny do mycia, środki piorące, dezodoranty), środki plemnikobójcze, żele nawilżające.
  4. Zakażenia bakteryjne (gronkowce, paciorkowce). U mężczyzn chorujących na cukrzycę obecność glukozy w moczu sprzyja zakażeniom bakteryjnym żołędzi i napletka. Jeszcze częściej występuje zapalenie wywołane przez grzyby Candida albicans.
  5. Przyczyną zapalenia żołędzi mogą być również zakażenia przenoszone droga płciową (chlamydia, mikoplazma, rzeżączka – zapalenie cewki moczowej) albo zakażenia wirusowe (np. opryszczka narządów płciowych).
  6. Alergia kontaktowa na szampony do ciała lub substancje konserwujące w mydle. Alergia na lateks w przypadku używania prezerwatyw.

Objawy

  • obrzęk i zaczerwienienie napletka,
  • swędzenie i pieczenie żołędzi,
  • zaczerwienienie i bolesność żołędzi,
  • owrzodzenia lub nadżerki żołędzi,
  • wydzielina z cewki moczowej,
  • bóle i pieczenie podczas oddawania moczu.

Rozpoznanie

Objawy i zbadanie pacjenta zwykle wystarczą do postawienia diagnozy. Wywiad pomaga określić przyczynę choroby. W przypadku podejrzenia zakażenia czasami potrzebny jest posiew wydzieliny lub wymazu.

Leczenie

U chłopców z zapaleniem żołędzi i napletka pomocne są nasiadówki w ciepłej wodzie.

Jeżeli zapalenie jest spowodowane zakażeniem, stosuje się antybiotyki (gdy zakażenie jest bakteryjne lub przenoszone drogą płciową). W przypadku zakażenia Candida stosuje się leki przeciwgrzybicze w maściach lub tabletkach.

Poprawa może być szybsza po stosowaniu kremu zwierającego glikokortykosteroid, który ma działanie przeciwzapalne i łagodzi ból oraz świąd.

Jeżeli stulejka utrudnia skuteczne dbanie o higienę żołędzi i napletka, należy rozważyć chirurgiczne leczenie stulejki

Profilaktyka

Właściwa higiena narządów płciowych to podstawa, jeśli chodzi o profilaktykę wszelkich stanów zapalnych.

Codziennie podczas kąpieli lub natrysku należy obmywać żołądź ciepłą wodą po pełnym zsunięciu napletka i wymywać mastkę z rowka zażołędziowego, w którym najchętniej rozwijają się drobnoustroje. Po umyciu dokładnie wysuszyć (na przykład chusteczką higieniczną).

Można delikatnie smarować kremem nawilżającym (na przykład intymnym kremem nawilżającym).

Podczas kontaktów o zwiększonym ryzyku należy zawsze używać prezerwatywy.

W przypadku gdy zauważymy na genitaliach coś niepokojącego, wstrzymajmy się z aktywnością seksualną, aby uniknąć ewentualnego wzajemnego zarażania się.

Repetitive strain injury

Pojawienie się nowych chorób w związku z rewolucją informatyczną i w efekcie nowych diagnoz wiąże się z powszechnym użytkowaniem komputerów, klawiatur komputerowych, telefonów komórkowych i gier komputerowych. W epoce komputerów, komórek i internetu czyli w ciągu minionych 20 lat pojawiły się następujące problemy zdrowotne:

  1. Zespół RSI (ang. repetitive strain injury, repetitive stress disorders, overuse syndrom) to zespół dolegliwości spowodowanych chronicznym przeciążeniem mięśni i ścięgien. Syndrom ten wywołuje bóle mięśni i ścięgien: rąk, nadgarstka, przedramienia, łokcia, barku i szyi. Częsta choroba wśród pracowników IT, sekretarek a także u osób, którzy w domu spędzają wiele godzin przy komputerze przeglądając internet lub grając w gry komputerowe (PlayStation thumb). Zespół RSI jest spowodowany wykonywaniem powtarzających się czynności obsługi komputera za pomocą myszy i klawiatury (długotrwałe

powtarzanie monotonnych czynności).

  • Bóle kciuka u posiadacza telefonu komórkowego. Nazywane także androidartros. Diagnoza znana od czasów wylansowania Iphone w 2007 roku. Objawem tej choroby jest ból w stawie śródręczno-paliczkowym kciuka po zbyt długim skrolowaniu (scrollowaniu) na telefonie komórkowym.
  • Sms-złamania. Wspólna diagnoza dla wszystkich złamań kości wywołanych wypadkami spowodowanych brakiem uwagi podczas sms-owania w czasie prowadzenia rowerów lub samochodów.
  • Google hipochondria nazywana też cyberhipochondrią. Zadebiutowała po powstaniu Googla w roku 1998. Manifestuje się panicznym lękiem po wpisaniu swoich objawów w wyszukiwarce Google. Pacjenci doktora Google wybierają zwykle poważne diagnozy i rzadko zadawalają się odpowiedzią, że problem zdrowotny jest banalny.
  • Stany lękowe u użytkowników Facebooka. Lęki wywołane mniejszą ilością lajków niż oczekiwana w reakcji na wpisy na Facebooku. ”Czy wpis był zły?”, ”Czy mój wpis był wystarczająco ciekawy?”, ”Nikt mnie nie lubi?”, ”Dlaczego wszyscy mnie nienawidzą?” Dlaczego życie moich przyjaciół jest bardziej ekscytujące i przyjemniejsze niż moje?”.
  • Chlamydia wywołana kontaktem seksualnym z partnerem poznanym na portalu randkowym Tinder. Epidemia zapaleń cewki moczowej u mężczyzn i zapaleń szyjki macicy u kobiet po powstaniu w 2012 roku Tindera – mobilnego portalu randkowego korzystającego z technologii lokalizacji.