A chance to change things

The crisis has up-ended people´s lives. What does it take to make a new habit stick?

Barely 8% of new-year´s resolutions survive until the end of January. Some people set goals that are too ambitious; others simply set too many goals. Yet perhaps the biggest reason why people fail so miserably is that changing a particular behaviour is difficult if the routines that are tightly woven around it remain the same. Resisting the lure of a calorie-laden caramel latte in the morning is easier if you switch to a route that doesn´t take you past the coffee shop.

In a survey of nearly 700,000 people in Britain, carried out in August 2020, about a quarter of people said their lives had changed completely or a lot since covid-19 came along, and a third said (with characteristic British understatement) they had made ”quite a few changes”. Many of these changes will stick, because the pandemic has up-ended people´s routines so dramatically. If does not matter whether you walk past the coffee shop or not if it has closed down – or if you rarely leave the house.

Many changes were for the worse. But not all. During the lockdwons unhealthy snacking increased, but so did cooking at home and eating family meals together – practices generally linked with healthier eating patterns. People could not see friends and family, but they got to know the people next door (about 20% of Britons said talking more to their neighbours was a change that would outlast the pandemic). With gyms and organised sports closed for months, some people cut down on regular exercise. Others, however, took up new sports. In England the proportion of people cycling at least once a week reached 16% in June 2020, twice the level of the early weeks of lockdown. Nextbike, which runs shared-bike schemes in several European countries, reported a 35% increase in rides in April and May, compared with a year earlier.

The greater popularity of cooking, neighbourly chats and cycling will persist. If you do something new once a day for two weekes, it starts to feel automatic – the defining feature of a habit, says Benjamin Gardner of King´s College London. Doing something for longer helps solidify the habit. One study of people who took up healthy eating or regular exercise found that the degree to which it felt automatic increased, but then plateaued, on average, after 66 days. That is roughly how long Europeans spent in lockdown.

Other things will help, too. Many people with office-based jobs will work from home in future, at least some of the time. That will help them stick with home-cooked meals and being chummier with their neighbours. Those returning to offices may feel nervous about travelling on crowded public transport, making cycling more attractive. Big cities are trying not to waste the crisis. They are pumping up cycling´s prospects by subsidising bike purchases and laying down more cycling lanes.

The pandemic has changed many things. But for some people at least, the changes are like new-year´s resolutions they wish they had made long ago.

Slavea Chankova, health-care corespondent, The Economist, The World in 2021.

O postach, wyrzeczeniach i zdrowiu opowiada doktor Ewa Dąbrowska

Oczyszczenie

Barbara Gruszka-Zych: Zwykle moi rozmówcy proponują mi kawę…

Dr Ewa Dąbrowska: Ja kawy nie piję. Staram się na co dzień nie używać stresogenów, a ona nim jest, bo stymuluje nadnercza. Wszystkie stresogenny prowadzą do uzależnienia.

Kawa, cukier i może jeszcze wino?

Tak.

No to wyeliminowała Pani z diety same przyjemności.

Jeżeli używa się kawy tylko czasami, to nie jest to szkodliwe. Pracując w szpitalu, widziałam, jak pielęgniarki piły kawę w dzień i w nocy, bo potrzebowały jej coraz więcej. Podobnie jest ze słodyczami. W naszym mózgu znajduje się region odpowiedzialny za poczucie nagrody, a więc przyjemności, którym steruje dopamina. Kawa, słodycze, alkohol stymulują go analogicznie jak narkotyki i człowiek wtedy czuje się dobrze, a to już wystarczy, aby się uzależnić.

Dlatego chce ich wciąż więcej.

No właśnie. U kogoś, kto tak jak ja nie pije kawy, sam organizm ją odrzuca, bo go zbytnio pobudza, powoduje bezsenność. Dlatego zaczynam dzień od zielonego soku z jarmużu z jabłkiem.

Da się tak przestawić mózg, żeby picie takiego soku sprawiało przyjemność?

Zmianę tych przyzwyczajeń warto zacząć od postu warzywno-owocowego. Pomijam pierwsze dni, kiedy może boleć głowa, pojawiają się problemy żołądkowe, a nawet stan podgorączkowy. Ale gdy organizm oczyści się z toksyn, ludzie dostają skrzydeł, wcześniej wstają, są wypoczęci, chętni do pracy, nawet nie pomyślą o używkach i smakuje im ten sok. Natomiast człowiek, często nieświadomy, że jest pełen toksyn, zwłaszcza gdy czuje się wciąż zmęczony, długo śpi, wszystko go denerwuje, po omacku sięga po stymulatory, żeby otworzyć oczy.

Proponuje Pani post w XXI wieku, kiedy wkoło wszyscy zachęcają do konsumpcji.

Posty to praktyka stara jak świat. Człowiek pierwotny nie miał lodówki, był skazany na długie okresy braku pokarmu. Kiedy pościmy, nasz metabolizm przestraja się w kierunku przetrwania i wtedy automatycznie naprawia chore tkanki. To coś fenomenalnego, a jednocześnie naturalnego.

W Biblii posty były częścią życia ówczesnych ludzi. Dziś niektórzy mówią, że to przeżytek.

Obecnie post to wiodący trend w dietetyce. Kiedy zaczynałam przygodę z postami w połowie lat 80. w klinice w Gdańsku, też nie byłam przekonana, że przyniosą efekty. Pacjent nie reagował na leki, był zagrożony zawałem, a wtedy jeszcze nie wszczepiano u nas by-passów. Inspiracją stały się dla mnie książki Kingi Wiśniewskiej-Roszkowskiej, która pisała, że po głodówkach chorzy szybko wracają do zdrowia. Mojemu pacjentowi też zaleciłam głodówkę najpierw picie wody, potem jedzenie samej tartej marchwi. Na moich oczach zaczął zdrowieć, szczupleć, lepiej wyglądać.

Wyrzeczenia leczą nie tylko ciało.

Mają też wartość duchową, bo ciało łączy się ściśle z duchem. Mówimy, że w zdrowym ciele zdrowy duch. Na pielgrzymce do Medjugorja uświadomiłam sobie, że lecząc postem, działam też na ducha. Żadne zwierzę nie jest w stanie świadomie wyrzec się jedzenia. Potrafi to tylko człowiek, który ma duszę. Zwierzę ma psychikę, bo czasem widzimy radosne oczy psa czy kota, ale duszę ma tylko człowiek.

Dusza też bywa chora.

Chory duch daje objawy takie jak wyrzuty sumienia, przygnębienie z powodu tego, że coś źle zrobiliśmy. Epigenetyka uczy, że otoczenie, a nawet każda myśl może przestrajać nasze geny. Jeżeli ktoś długo nosi swój grzech, to może doczekać się niebezpiecznych skutków. Na przykład złodziej przeżywa lęk, że go złapią, i do swoich komórek wysyła sygnały stresowe, a w ten sposób może prochorobowo przestroić te geny. Natomiast jeżeli ktoś żyje w harmonii, wysypia się, dużo spaceruje, jest oczyszczony na ciele i duchu, geny funkcjonują harmonijnie i jest zdrowy. Bo harmonia to prawo naturalne obowiązujące w całym świecie – od małego atomu po gwiazdy.

Ale na co dzień grzeszymy i jesteśmy w stanie dysharmonii.

Dlatego w Kościele otrzymujemy oczyszczenie przez spowiedź, żal, zadośćuczynienie za grzechy, a to rodzi radość i nadzieję. Przejadanie się jest też jednym z grzechów, i to głównych, a post zadośćuczynieniem, które leczy ciało i ducha.

Chory duch też potrzebuje postu?

I wszelkich działań wiążących się właśnie z wyrzeczeniem. Oprócz postu, czyli wyrzekania się jedzenia, inną formą oczyszczenia ducha jest modlitwa, kiedy wyrzekamy się swojego czasu i poświęcamy go wyłącznie Bogu. Dzisiaj wszystko zajmuje nasza uwagę – telewizor, komputer, sklepy. Uzależniamy się od przyjemności doczesnych, a mało dajemy Bogu. Jeżeli ktoś regularnie się modli, doświadcza, jaką to niesie radość. Trzecią formą uzdrawiającego wyrzeczenia jest jałmużna. Te dobre uczynki związane z wyrzeczeniem przynoszą nam radość i będą procentować na wieczność. Jest taka sentencja: „To, co zatrzymamy dla siebie – utracimy, to, co oddamy innym – pozostanie dla nas na zawsze”.

Jako lekarz bywa też Pani spowiednikiem?

Każdy lekarz nim jest. Dlatego nas, jak księży, obowiązuje tajemnica. Z przychodzącym po pomoc trzeba dużo rozmawiać. Czasami wyjaśniam, że jeśli komuś nie przebaczyliśmy, to może to być dla nas powodem stresu, depresji czy innej choroby. Pacjenci dziękują mi potem, że mogli komuś wybaczyć. Gdy zostają naprawione relacje duchowe, naprawiają się zdrowie i relacje międzyludzkie. Brak harmonii ducha może wyzwolić brak harmonii ciała, czyli chorobę.

Podczas turnusów leczniczych na pewno widziała Pani duchowe przemiany uczestników.

Było ich wiele. Kiedyś przyjechali na turnus młodzi małżonkowie, którzy chcieli się rozwieść. Na początku ledwie się znosili, a po poście, kiedy się oczyścili, poprawił się ich wygląd i ten małżonek już innym okiem spojrzał na żonę. Przeprosił ją i odjechali jako szczęśliwe małżeństwo. Na początku kuracji u niektórych osób mogą pojawić się gniew, niepokój, a nawet złość. Jedna dziewczyna mi powiedziała, że nie wie, co się z nią dzieje, że jest nerwowa, mówi brzydkie słowa. „Ja tego nie chcę, ale to samo ze mnie wychodzi”  tłumaczyła. Pomyślałam, że w Piśmie Świętym jest fragment, gdy apostołowie skarżyli się Panu Jezusowi, że nie mogli wyrzucić złego ducha, aby kogoś uzdrowić, a w odpowiedzi usłyszeli: „Ten rodzaj można wyrzucić tylko modlitwą i postem”.

Dlaczego proponuje Pani post wyłącznie z warzyw i owoców?

Kiedy organizm ma małą dostawę glukozy i białka, a przyjmuje warzywa i niesłodkie owoce, łatwo wchodzi w stan tzw. ketozy. Topnieje tłuszcz, z którego powstają ketony, i włączają się geny uruchamiające regenerację. Wtedy aktywują się młode komórki macierzyste, z których powstają nowe tkanki, nowy układ immunologiczny. To też jest pomocne w epoce koronawirusa, żeby mieć siłę go zwalczyć. Podczas postu aktywują się też białka regulatorowe zwane sirtuinami, mające zdolność naprawy materiału genetycznego. W mojej ostatniej książce „Dieta dr Ewy Dąbrowskiej, fenomen samouzdrawiającego się organizmu” tłumaczę, jak przez post warzywno-owocowy uruchamiają się nasze mechanizmy obronne i samoleczące.

Do przygotowania postu szukała Pani inspiracji w Biblii?

Znalazłam w Księdze Daniela opis biblijnego postu, polegający na spożywaniu przez 10 dni samych warzyw i piciu wody, a efektem był lepszy i zdrowszy wygląd w porównaniu z tymi, którzy byli na królewskim jedzeniu. Również w Księdze Rodzaju jest mowa o tym, co nam Stwórca przeznaczył na codzienny pokarm: „I Rzekł Bóg: „Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie. Dla was będą one pokarmem””. Rośliny które przynoszą ziarno, to też warzywa, które wydają nasienie. A owocem drzew są nie tylko same owoce, ale też orzechy, np. włoskie, rewelacyjne w leczeniu np. choroby wieńcowej.

Kiedyś mięso pojawiało się na stole tylko w niedzielę. Jak to było w Pani domu rodzinnym?

U nas jadło się skromnie i zdrowo. Mieliśmy warzywa z ogródka uprawianego przez rodziców, a mięso było rzadko, w niedzielę i święta. Jak widać, pozostała mi miłość do roślin, mam nieduży ogród i dużą radość, kiedy coś w nim wyrośnie.

Domownicy stosują Pani dietę?

Dzieci i mąż praktykują posty, moja synowa Beata też dużo pości i pisze książki o tym, jak praktycznie przeprowadzić post. Wnuki, obserwując rodziców, jedzą dużo zieleniny, całe miski jarmużu, który lubią. Ja też czuwam, żeby zdrowo je żywić.

Dzisiaj w mięsie, serach, jogurtach spożywamy dużo białka.

Rosnące dzieci potrzebują białka, człowiek dorosły nie tak dużo, a niestety jesteśmy społeczeństwem przebiałczonym. Dlatego tak dużo chorób rozrostowych – nowotworów, zwyrodnień stawów, serca. W dużej mierze przyczyną tych chorób jest insulinopodobny czynnik wzrostu IGF1, który aktywuje się w odpowiedzi na nadmiar białka w diecie. On daje sygnał genom, aby komórki się dzieliły. Dziecko wtedy rośnie, a dorosły już nie urośnie, natomiast może wystymulować wiele chorób.

A czym skutkuje jedzenie nadmiaru węglowodanów?

Wzrostem glukozy, a za nią insuliny, która powoduje otyłość. Tworzy się tłuszcz brzuszny, który staje się hormonalnie czynny i produkuje wiele tzw. adipokin, czyli hormonów odpowiedzialnych za cukrzycę, miażdżycę, nadciśnienie i wiele innych. Insulinooporność, bierze się stąd, że jemy za dużo węglowodanów rafinowanych. Człowiek oczyścił ziarno, odrzucił otręby, w których jest 90 proc. mikroelementów i witamin, z buraków cukrowych zrobił cukier. Po wojnie wraz z rozwojem przemysłu zaczęto produkować żywność przetworzoną, co wywołało choroby cywilizacyjne, z miażdżycą, cukrzycą i otyłością na czele, które są główną przyczyną śmiertelności.

Z tego co Pani mówi, wynika, że jemy truciznę.

Najlepszy był chleb razowy – raz zmielony z otrębami, na zakwasie, warzywa, owoce, rośliny strączkowe, orzechy. Warto, żebyśmy pamiętali, że błonniki jest pożywką dla bezcennych probiotyków. One porozumiewają się z limfocytami w ścianach jelit i stymulują je do produkcji immunoglobuliny A, chroniącej wszystkie błony śluzowe przed wnikaniem wirusów, również koronawirusa.

Poleca Pani na specjalnych turnusach posty dla niemogących doczekać się dziecka.

Warto przed poczęciem przeprowadzić post warzywno-owocowy, który uruchamia mechanizmy przywracające płodność i utrzymujące ciążę, ale też zwiększa ilość kwasów tłuszczowych omega-3, czyli olejów rybnych wpływających na rozwój mózgu płodu. Przez ponad ćwierć wieku mojej pracy uzbierało się całe przedszkole dzieci, których rodzice od lat byli niepłodni. Ich poczęte po poście dzieci są zdrowe i niezwykle utalentowane.

Co jest dla Pani Najważniejsze?

Pomaganie człowiekowi. Chorzy przychodzą, mówiąc, że już nie mają nadciśnienia, wyszli z miażdżycy, stanęli na własnych nogach. W książce, którą piszę, zamieszczam ich świadectwa. Bez nich trudno uwierzyć, że po oczyszczającym poście chromi chodzą, głusi słyszą, ślepi widzą.

Barbara Gruszka-Zych, Gość Niedzielny, 17 stycznia 2021.

The World in 2021

Do You feel lucky? The numer 21 is connected with luck, risk, taking chances and rolling the dice. It´s the number of spots on a standard die, and the number of shillings in a guinea, the currency of wagers and horse-racing. It´s the minimum age at which you can enter a casino in America, and the name of a family of card games, including blackjack, that are popular with gamblers.

All of which seems strangely appropriate for a year of unusual uncertainty. The great prize on offer is the chance of bringing the coronavirus pandemic under control. But in meantime risks abound, to health, economic vitality and social stability. As 2021 approaches, here are ten trends to watch in the year ahead.

1 Fights over vaccines. As the first vaccines become available in quantity, the focus will shift from the heroic effort of developing them to the equally daunting task of distributing them. Vaccine diplomacy will accompany fights within and between countries over who should get them and when. A wild card: how many people will refuse a vaccine when offered?

2 A mixed economic recovery. As economies bounce back from the pandemic the recovery will be patchy, as local outbreaks and clampdowns come and go – and governments pivot from keeping companies on life – support to helping workers who have lost their jobs. The gap between strong and weak firms will widen.

3 Patching up the new world disorder. How much will Joe Biden, newly installed in the White House, be able to patch up a crumbling rules-based international order? The Paris climate treaty and the Iran nuclear deal are obvious places to start. But the crumbling predates Donald Trump, and will outlast his presidency.

4 More US–China tensions. Don´t expect Mr Biden to call off the trade war with China. Instead, he will want to mend relationships with allies to wage it more effectively. Many countries from Africa to South-East Asia are doing their best to avoiding picking sides as tension rises.

5 Companies on the front line. Another front for the US-China conflict is companies, and not just the obvious examples of Huawei and TikTok, as business becomes even more of geopolitical battlefield. As well as pressure from above, bosses also face pressure from below, as emplyees and customers demand that they take stands on climate change and social justice, where politicians have done too little.

6 Efter the tech-celeration. In 2020 the pandemic accelerated the adoption of many technological behaviours, from video-conferencing and online shopping to remote working and distance learning. In 2021 the extent to which these changes will stick, or snap back, will become clear.

7 A less footloose world. Tourism will shrink and change shape, with more emphasis on domestic travel. Airlines, hotel chains and aircraft manufacturers will struggle, as will universities that rely heavily on foreign students. Cultural exchange will suffer, too.

8 An opportunity on climate change. One silver lining amid the crisis is the chance to take action on climate change, as governments invest in green recovery plans to create jobs and cut emissions. How ambitious will countries´ reduction pledges be at th UN climate conference, delayed from 2020?

9 The year of deja vu. That is just one example of how the coming year may feel, in many respects, like a second take on 2020, as events including the Olympics, the Dubai Expo and many other political, sporting and commercial gatherings do their best to open a year later than planned. Not all will succeed.

10 A wake-up call for other risks. Academics and analysts, many of whom have warned of the danger of a pandemic for years, will try to exploit a narrow window of opportunity to get policymakers to take other neglected risks, such as antibiotic resistance and nuclear terrorism, more seriously. Wish them luck.

The coming year promises to be particularly unpredictable, given the interactions between the pandemic, an uneven economic recovery and fractious geopolitics. This annual will, we hope, help you improve your odds as you navigate the risks and opportunities ahead.

And it´s not all doom and gloom. Our special section, ”Aftershocks”, considers some of the lessons, and chances for positive change, that have emerged from the crisis. So let the dice fly high – and, whatever cards 2021 may end up dealing you, may the odds be ever in your favour.

The Economist, Tom Standage, Editor, The World in 2021.

Mniej znaczy więcej. Czy asceza zaczyna być modna?

Mniej znaczy więcej

Czy asceza zaczyna być modna? Czy jest to raczej efekt „przejedzenia” zachodnich obżarciuchów? I co ma na ten temat do powiedzenia nasza wiara?

Doświadczony bólem, pozbawiony majątku i dzieci Hiob wypowiedział jedno z najczęściej cytowanych zdań z Biblii: „Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę”. Potem uwielbił Boga. Nie taki scenariusz przewidział diabeł, od którego rozpoczęła się historia. Naturalnym przecież ludzkim odruchem jest żal i rozpacz w poczuciu bycia pozbawionym czegoś, co stanowiło wartość. Bo choć człowiek rodzi się nagi, z pustymi rękami, i nieprzywiązujący do tego żadnego znaczenia, to jednak życie uczy go zagarniać i konsumować jak najwięcej. „Każdego dnia wzbudza się w nas fałszywą potrzebę posiadania czegoś, co jest nam zupełnie zbędne. Dla zrealizowania tych potrzeb jesteśmy w stanie pracować więcej, wpędzać się w długi, zaniedbywać relacje z bliskimi oraz tracić zdrowie, a w konsekwencji… trwonić nasze życie” – napisał Leo Balbota w książce „Minimalizm”. Trafnie choć katastroficznie. Ktoś szuka antidotum? Wszyscy choć niekoniecznie tam, gdzie naprawdę można znaleźć skuteczne lekarstwo.

Zblazowany konsumpcjonizm

Osób zmęczonych życiem w wysoko rozwiniętej cywilizacji konsumpcjonizmu przybywa. Również w Polsce, gdzie pomiędzy debatą o zakazie handlu w niedzielę i szybkim skokiem na zakupy do „niby – urzędu pocztowego” wielu pomstuje, iż ktoś tam, „na górze”, zakazuje w dzień wolny (bo przecież nie „Pański”) nowych form rodzinnych pielgrzymek do nowych sanktuariów  słynących cudami (promocjami i okazjami), czyli galerii handlowych. „Wszystkiego najtańszego!” – po raz kolejny w przedświątecznej reklamie, ktoś życzył Mikołajowi. Nie Świętemu, bynajmniej. O tym, że ta nowa „duchowość” niszczy rodzinne relacje, a i ogłupia człowieka, mało który głos na tej puszczy zawoła. Tymczasem fakty są oczywiste: zrobiwszy z siebie, czyli homo sapiens, homo consumensa, brniemy w zaułki. „Kiedyś kupowałem mnóstwo rzeczy, wierząc, że podniosą moje poczucie własnej wartości i zapewnią mi szczęśliwe życie” – napisał japoński autor Fumio Sasaki w książce o minimalistycznym stylu życia. I dodał: „Uwielbiałem zbierać bezużyteczne przedmioty i nie umiałem niczego wyrzucić. Odruchowo gromadziłem bibeloty, które miały mnie uczynić ciekawszą osobą. Równocześnie nieustannie porównywałem się z innymi, którzy mieli więcej niż ja albo których rzeczy były lepsze, przez co często ogarniało mnie przygnębienie. Nie wiedziałem, jak sobie z nim poradzić. Nie umiałem się na niczym skupić i ciągle marnowałem czas. Zacząłem nawet żałować, że podjąłem wymarzoną pracę. Uciekałem w alkohol i źle traktowałem kobiety. Nie próbowałem się zmienić, myślałem, że to po prostu część tego, kim jestem, i zasługuję na to, żeby być nieszczęśliwym”. Ten opis, może przesadzony, daje podstawy, żeby zadać pytanie: czy to nie właśnie w wysoko rozwiniętych społecznościach konsumpcyjnych na psychologów i psychiatrów popyt jest największy?

Nawrócenie na minimalizm?

Nie wchodząc w socjologiczne analizy i bardzo upraszczając, można powiedzieć, że minimalista to ktoś, kto redukuje, ogranicza, dąży w stylu życia do minimum posiadania albo używania minimalnych środków wyrazu. Minimalizm jako styl życia staje się popularny zazwyczaj tam, gdzie następuje przesyt. Za dużo kolorów w naszych smartfonowych fotografiach za bardzo podkręconych programami do obróbki? Proszę bardzo: czarno-białe zdjęcia robią coraz większą furorę, zwłaszcza w popularnych mediach społecznościowych. Tony ubrań zalegają w naszych szafach? Specjalna aplikacja pozwala wymieniać się nimi, by posiadać tylko te, których używamy. Za dużo przedmiotów ogranicza swobodę poruszania się w naszych niewielkich mieszkaniach? I na to jest sposób – uczestnicy internetowych forów prześcigają się w licytacjach, kto pozbył się większej liczby przedmiotów. Są i tacy, którzy twierdzą, że posiadanie ich w liczbie poniżej stu czyni z człowieka prawdziwego minimalistę.

Ponoć przodują w tym Japończycy, którzy minimalistami byli od zawsze. Posiadali najwyżej po trzy komplety kimon, żyli w jak najprościej urządzonych małych mieszkaniach. Tak było kiedyś. To kultura zachodnia zdołała mocno zmienić styl, który dzisiaj powraca. Na przykład Satoshi Murakami, japoński artysta, w ramach eksperymentu prowadził koczowniczy styl życia. Wszędzie nosił zrobiony przez siebie domek ze styropianu. W swoich pracach zazwyczaj nawiązuje do idei minimalizmu i nietrwałości materialnych dóbr. Inny mieszkaniec Kraju Kwitnącej Wiśni, Keigo Sakatsume, wspomniany przez autora cytowanej przeze mnie książki, nie ma w domu i żyje w drodze, a jedyne, co do niego należy, to duża torba. Ofumi i Tee wyrzucili 130 kilogramów rzeczy, zmieniając mieszkanie. Hiji, pierwszy z popularyzatorów minimalizmu w Japonii, to radykał, który nie pozwala, by w jego mieszkaniu coś bezużytecznie sobie leżało. Sam zaś Fumio Sasaki, po opisaniu, jak bardzo nieszczęśliwym człowiekiem się stał otoczony zbędnymi gratami, opowiedział, że pozbycie się ich przyniosło mu nie tylko powierzchowne korzyści: „Doprowadziło też do bardziej fundamentalnej przemiany. Dało mi szansę pomyśleć o tym, co tak naprawdę znaczy być szczęśliwym. Pożegnałem się z wieloma rzeczami, z których większość miałem przez lata. A mimo to każdego dnia staję się szczęśliwszy”.

Zaraz, dlaczego tak mi to przypomina nawrócenie? – zadałem sobie pytanie, czytając te słowa. Nihil novi sub sole, rzeknie każdy, kto przypomni sobie ojców pustyni, jak odchodząc w najtrudniejsze z możliwych na ziemi warunki, porzucali świadomie zblazowane, pogańskie społeczeństwo. Jest tylko jedna różnica – oni wychodzili szukać Boga, nie siebie. Siebie znajdowali dopiero przy okazji. Współcześni asceci robią na odwrót – szukają siebie, nawet nie myśląc o Bogu. To, jak sądzę, ścieżka na manowce. Bo czymś ten „oczyszczony umysł” w końcu trzeba będzie zapełnić. Albo zapełnią go inni.

Jedz i przestań jeść

Trochę podobnie rzecz ma się z coraz popularniejszym… postem. Tak, „post” to słowo, które w poradnikach zdrowego stylu życia zdobywa coraz większą popularność niekoniecznie w kontekście religijnym. Na przykład Brad Pilon, autor książki „Eat Stop Eat. Stosuj post, zgub zbędne kilogramy i osiągnij zdrowie”, zaleca 24-godzinne głodówki raz lub dwa razy w tygodniu wyłącznie po to, by schudnąć. Natomiast dr Ewa Dąbrowska, autorka dietetycznego planu zwanego postem Daniela, odwołuje się wprost do Biblii i do traktowania człowieka całościowo – mając na względzie nie tylko jego ciało i umysł, lecz również duszę. Post ma wymiar nie tylko zdrowotny, ale także duchowy. Warto do niego powracać – nieprzypadkowo zalecają go wszystkie religie świata” – napisała we wstępie do książki autorstwa Beaty Anny Dąbrowskiej na temat postu Daniela.

Większość jednak z tych, którzy proponują „post przerywany”, „post czasowy” jako sposób na zgubienie zbędnych kilogramów i poprawę samopoczucia, nawet nie zdaje sobie sprawy, że… to wszystko już było i do dzisiaj jest, tyle że w miejscach, które odwiedzić czasem się wstydzą. I że już wówczas, gdy z niemodnych dzisiaj ambon w niemodnym i zacofanym ich zdaniem średniowieczu w Środę Popielcową padały słowa: „Nawróćcie się do Mnie przez post”, to nie po to, by człowieka tłamsić i opresyjnie głodzić, tylko po to, żeby mu pomóc. Niekoniecznie w traceniu zbędnych kilogramów. Raczej w poradzeniu sobie z samym sobą i swoim życiem. A na to sposób jest jeden: zachować umiar, również w podejściu do własnej osoby. W artykule zatytułowanym „Minimalizm życiowy – umiar i substytut zdrowego rozsądku we współczesnym społeczeństwie konsumpcyjnym” Paulina Wąż-Bigos stwierdziła, że minimalizm to umiar. Ale pod nową nazwą. Umiar, umiarkowanie to cnoty, o których dzisiaj nie wypada mówić głośno, a już na pewno nie należy ich nazywać „cnotami”. Nowoczesny świat nie lubi takich staroświeckich określeń. I wiele, naprawdę wiele na tym traci.

Niemodna cnota w modnym opakowaniu

Kiedy w pierwszym miesiącu pontyfikatu św. Jan Paweł II zapoznał się z zapiskami swojego poprzednika, odkrył, że tematem jego katechez w czasie środowych audiencji miały być cnoty. Jan Paweł I zdążył omówić tylko trzy cnoty boskie. Kolejne, wśród nich umiarkowanie, postanowił zatem skomentować papież Polak. „Zawsze gdy mówimy o cnotach, musimy mieć przed oczyma realnego, konkretnego człowieka” – powiedział miesiąc po objęciu Stolicy Piotrowej. I dodał: „Sama nazwa „umiarkowanie” zdaje się niejako wskazywać poza człowieka. Umiarkowanym nazwiemy wszak tego, który nie nadużywa pokarmów, napojów, przyjemności zewnętrznych, który się nie upija alkoholem, nie pozbawia świadomości przez używanie narkotyków itd. Jednakże całe to odniesienie na zewnątrz ma swoją podstawę wewnątrz człowieka. W każdym z nas bowiem jest jakby „wyższe” i „niższe” „ja”. O tym niższym „ja” stanowi poniekąd nasze ciało i to, co z nim jest związane: jego potrzeby, ale także jego pożądania, namiętności o charakterze nade wszystko zmysłowym. Otóż cnota umiarkowania zapewnia w każdym człowieku panowanie „wyższego ja” nad „niższym”. Czy oznacza to poniżenie naszego ciała? Jakieś jego upośledzenie? Wręcz przeciwnie, oznacza to jego dowartościowanie”. Warto to wiedzieć zwłaszcza w czasach bombardowania ułomnej natury bogactwami tego świata. Nie tylko materialnymi. Informacjami, newsami, fotografiami w społecznościowych mediach, plotkami, reklamami również.

Łaska przeprowadzki

Niemal każdy z nas przeżył koszmar przeprowadzki. Koszmar niekoniecznie dlatego, że trudno się było pożegnać z dotychczasowym lokum, rodzinnym domem czy ukochanym mieszkaniem. Raczej dlatego, że – jak kiedyś z ciężkim westchnieniem powiedział pewien śląski proboszcz – „lepiej dwa razy zgorać (przeżyć pożar) niż raz się przeprowadzić”. Pakunki, paczuszki, torby, torebki, regały z książkami i gadżety… któż nie pomstował choć raz w życiu na własną skłonność do chomikowania? Jak to wszystko opakować? Jak przewieźć? Jak zmieścić w nowym mieszkaniu? I właściwie… po co? Kiedyś, gdy zmieniałem miejsce swojej posługi, zauważyłem, jak wiele przedmiotów otaczających mnie na co dzień było mi kompletnie niepotrzebnych. Zamieszkałem już w nowym miejscu, mając tam wszystko, czego potrzebowałem, by normalnie funkcjonować, podczas gdy poprzednie mieszkanie pozostało jeszcze pełne. To był bardzo dobry moment na zrozumienie, że warto się pozbyć przedmiotów. „Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę” – przypomniałem sobie Hioba. A kto wtedy posprząta te graty?

Ks. Adam Pawlaszczyk, Gość Niedzielny, 17 stycznia 2021.

Celebrytyzacja medycyny

Celemedycyna u bram

W ostatnich latach jak grzyby po deszczu namnożyły się samozwańcze autorytety. Tych mniej znanych są tysiące, a ci najbardziej rozpoznawalni to m.in. celebryci, czyli – zgodnie z definicją Daniela Boortsina sprzed 60 lat -osoby znane z tego, że są znane, oraz influencerzy, czyli twórcy internetowi      o znacznym rozgłosie, posiadający wielotysięczne grono odbiorców w takich serwisach jak Facebook, Youtube, Twitter oraz Instagram. Portale społecznościowe coraz skuteczniej wypierają telewizję jako miejsce ”lansu”.    Jak podają niektóre szacunki, aktywnie korzysta z nich już co drugi człowiek na świecie.

Kim jest celemedyk?

Cześć celebrytów i influencerów wypowiada się na prawie każdy temat. Zabierają głos w sprawach istotnych dla odbiorców, a skoro dla ogromnej część społeczeństwa zdrowie stanowi jedną z najważniejszych wartości trudno się dziwić, że szeroko rozumiana medycyna stała się obiektem zainteresowania osób świata show-biznesu.

Podpowiadają, jak zachować dobrą kondycję fizyczną i psychiczną, co jest zdrowe, a co nie, co jeść, aby mieć fantastyczną sylwetkę, czego unikać w trosce o cerę, jak leczyć raka i w jaki sposób skutecznie walczyć z innymi, nie mniej poważnymi chorobami, nie wspominając o mało znaczących dolegliwościach. W ostatnich miesiącach udzielali rad, co robić, żeby nie zarazić się koronawirusem. Dzielili się także opiniami, czy przeciwko covid-19 warto się zaszczepić. Niektóre gwiazdy show-biznesu stają się, przynajmniej od czasu do czasu celemedykami, a to, o czym wtedy mówią i piszą, to celemedycyna (choć oczywiście ich wypowiedzi mają niewiele wspólnego z prawdziwą medycyną).

Gwiazda wie lepiej

Jako że wśród celebrytów są m.in. aktorki, piosenkarze, modelki czy uczestnicy rozmaitych programów typu talent show, na pierwszy rzut oka wydaje się przekomiczne, że ktoś, kto zajmuje się głównie tańcem czy śpiewaniem albo jest znany tylko z brylowania na szklanym ekranie czy bycia twarzą znanych marek, z miną znawcy w dwie minuty objaśnia to, nad czym osoby analizujące przyczyny, przebieg i skutki jakiejś choroby spędziły połowę swojego życia, pisząc grube księgi. Uśmiech szybko znika, kiedy zdajemy sobie sprawę, że nie brakuje osób wierzących w teorie wygłaszane przez samozwańczych zdrowotnych pomagierów. Znane sa przypadki pacjentów pozbawiających siebie szansy na skuteczną terapie, tracących zdrowie, a nawet życie, bo pozostawali pod wpływem opinii nie znajdujących potwierdzenia w żadnych badaniach naukowych, a czasami wręcz stojących z nimi w jaskrawej sprzeczności.

Celebrity-based medicine

Przed zalewem pseudomedycznych porad wielokrotnie ostrzegał samorząd lekarski, na alarm biją także organizacje pacjenckie. Coraz częściej pojawiają się głosy, że z opiniami godzącymi w zdrowie publiczne powinny aktywnie walczyć władze (m.in. Ministerstwo Zdrowia wraz z jednostkami podległymi i nadzorowanymi przez szefa resortu) a ekspertom (np. lekarzom) nie wolno milczeć, gdy w przestrzeni publicznej pojawią się wypowiedź nieprawdziwa z medycznego punktu widzenia. Przesłanie jest proste: celebrity- based medicine nie może zastąpić evidence-based medicine, a intuicja niektórych celebrytów nie powinna zastępować lekarskiej wiedzy i wypierać z debaty publicznej wyników badań naukowych, które dowiedziono ponad wszelką wątpliwość. Innymi słowy, medycyna – tak, celemedycyna – nie.

Mity i niedomówienia

Celebrytyzacja medycyny nie jest zjawiskiem nowym, ale wokół niego narosło wiele mitów i niedomówień. Uproszczenie nigdy nie odda w pełni istoty problemu, ale gdyby próbować wskazywać jego przyczynę, można ją określić krótko: to duch czasów. To, jaki jest, widać po skutkach zakrojonej na coraz szerszą skalę demokratyzacji kolejnych obszarów życia zbiorowego. Uwidacznia się on w zmianach społecznych (przeobrażanie się instytucji, norm, kultury, struktury społecznej itd.), rewolucji w komunikacji masowej (ściśle powiązanej z rozwojem nowych technologii i wszechobecnym wykorzystaniem internetu), ewolucji roli ”czwartej władzy” czy zmianie sposobu spędzania wolnego czasu. Jeśli dla kogoś brzmi to ogólnikowo, niech porówna sposób, w jaki dzieci i młodzież spędzają wolny czas obecnie, a jak robili to ich rówieśnicy 20 lat temu. Dwie dekady, a tyle zmian. Wielu z nich nie zna nazwiska żadnego lekarza, nawet jeśli czasami odwiedza pediatrę i stomatologa ale z łatwością wymieni ksywy kilkunastu znanych youtuberow, których internetowe filmiki godzinami oglądało w ostatnim tygodniu, a choć – jak sądzę – nie wszyscy poprawnie wymieniają nazwisko prezydenta i premiera, to bez problemu wskażą niejednego celebrytę, wykazując się zaskakującą znajomością szczegółów jego biografii. Czy kiedy dorosną, część z nich nie będzie bardziej podatna na celemedyczne podszepty.

Nie prawda, lecz racja    

Duch czasów uwidacznia się również w debacie publicznej, gdzie dyskutuje się nie zawsze po to, aby poznać prawdę, lecz raczej z chęci przekonania innych do swoich racji. Choć w XXI wieku nie brakuje osób z wykształceniem wyższym, można odnieść wrażenie, że powszechne jest nieodróżnianie faktów od opinii. Towarzyszy temu przeświadczenie, ze luki w wiedzy (np. medycznej) łatwo da się nadrobić z pomocą wyszukiwarki internetowej, znajdując potrzebną informację po parokrotnym kliknięciu myszką lub przesunięciu po ekranie smartfona. Lwia część internautów robi to bez weryfikacji źródła, nie biorąc pod uwagę tego, że za ułożenie stron w wyszukiwarce w określonej kolejności odpowiedzialny jest algorytm, który nie odróżnia treści wartościowych od plotek czy bredni. Można powiedzieć, że w internecie trwa nieustanna wojna na wrażenia, a osoby zagubione w smogu informacyjnym często szukają wiedzy tam, gdzie jej po prostu nie ma. I nierzadko trafiają na wypowiedzi przedstawicieli celemedycyny wpływowych w przestrzeni publicznej.

Pochwała niewiedzy
łatwy dostęp do wiedzy bardzo pomaga, ale jednocześnie mści się na społeczeństwie: jeszcze do niedawna, chcąc zdobyć dodatkowe informacje o swojej chorobie, trzeba było odbyć wycieczkę do biblioteki, przeszukać katalog, zamówić książkę, odczekać swoje w kolejce i przekartkować rozdział po rozdziale, a czasami strona po stronie, a teraz wiele osób ulega iluzji zdobywania wiedzy, bo po wpisaniu w google frazy ”jak wyleczyc alergię” w mig otrzymuje setki podpowiedzi. To doskonale podglebie do celebrytyzacji medycyny, bo człowiek – istota skłonna z natury do ułatwiania sobie życia i chodzenia na skróty – na ogół nie będzie szukał prac kogoś, kto kilkanaście lub kilkadziesiąt lat poświęcił na zdobywanie wykształcenia i wiedzy w danej dziedzinie, ale jest nam kompletnie nie znany, skoro w przystępny i krótki sposób ”to samo” zaserwuje ktoś, kogo lubimy i podziwiamy, komu ufamy. Celebrytom i influencerom przecież się ufa, nierzadko bardziej niż lekarzom. Niestety czasy mamy takie, że w wielu dziedzinach można zaobserwować to samo, z czym mamy do czynienia w odniesieniu do medycyny, bo celebryci nie tylko nią się ”zajmują”. Milczenie bywa złotem, ale niekoniecznie w show-biznesie. Ile osób bez prawniczego wykształcenia rości sobie prawo do wydawania opinii, co jest zgodne z konstytucja, a co nie, albo co jest zgodne z literą prawa, a co stanowi bezprawie?                                                                             Ilu jest speców od polityki bez politologicznego wykształcenia, którzy mylą kompetencje Sejmu i Senatu, urząd wojewody z marszałkiem województwa, a Radę Unii Europejskiej, Radę Europejska i Radę Europy traktują jako synonimy? Wśród celebrytów takich ”prawników” i ”polityków” jest nie mniej niż ”doktorów”, a to, co wygadują i wypisują, nie zawsze stanowi wymianę opinii, lecz niejednokrotnie ociera się o dezinformację.

Kto jest autorytetem?

Z wielu stron słychać utyskiwanie, że brakuje autorytetów. To nieprawda. Nie brakuje ich. Problem tkwi w tym, że osoby tak utyskujące poszukują ”autorytetów uniwersalnych”, wszystko wiedzących głów, których rad można by bezkrytycznie słuchać niemal w każdej dziedzinie. Co do zasady, chcąc się dowiedzieć czegoś na dany temat, należy wsłuchiwać się w głos znawcy, czyli – jak to określił jeden z najwybitniejszych polskich logików, o.prof. Józef M. Bocheński – autorytetu epistemicznego. W zakresie medycyny lekarz jest autorytetem epistemicznym, tak jak mecenas znawcą prawa. Celebryta może być w niektórych kwestiach specem, ale w sprawach dotyczących zdrowia często bywa szkodliwym dyletantem. Nie da się być specjalistą od wszystkiego, a celebrytyzacja medycyny przybiera na sile, bo znaczna cześć społeczeństwa nie bierze tego pod uwagę. Wydaje się, że za czasów Mikołaja Kopernika możliwe było opanowanie znacznych pokładów ówczesnej wiedzy z wielu dyscyplin. Kopernik był renesansowym polihistorem, ale w XXI wieku jednoczesne zgłębianie na zaawansowanym poziomie – tak jak w jego przypadku – tajników medycyny (przez ponad 40 lat uprawiał praktykę lekarska), astronomii, matematyki, prawa, ekonomii czy strategii wojskowej, a do tego władanie kilkoma językami, wydaje się fikcja, oczywiście pomijając garstkę autentycznych geniuszy.

Druga strona specjalizacji

Współczesny człowiek ma prawo czuć się zagubiony, bo od czasów, gdy Kopernik wstrzymał Słońce i ruszył Ziemie, wiedza o świecie niepomiernie wzrosła, czego naturalna konsekwencja jest jej specjalizacja. José Ortega y Gasset, jeden z klasyków myśli społecznej XX wieku, w książce ”Bunt mas” trafnie zauważył, ze warunkiem rozwoju nauki, jak i postępu w nauce, stała się specjalizacja, ale naukowcy – coraz bardziej ograniczając zakres swojej pracy – stopniowo tracą kontakt z innymi dziedzinami, przez co spada u nich umiejętność całościowej interpretacji otaczającej rzeczywistości. ”Specjalista wie wszystko wszystko o swoim malutkim wycinku wszechświata, ale co do całej reszty jest absolutnym ignorantem” – pisał 90 lat temu Ortega y Gasset, nazywając ówczesnych naukowców ”madro-glupimi”.

Pogoń za lajkami

Na koniec włożę kij w mrowisko i, być może, sprowokuje do pewnej refleksji cześć osób związanych zawodowo z ochrona zdrowia, niezwykle aktywnych w różnych dyskusjach (m.in. w mediach społecznościowych), które czasami znacznie wykraczają w swoich komentarzach poza sprawy związane z medycyna, wchodząc na pole innych dyscyplin naukowych. Wrażenie ”mocnych” opinii z pewnością przysparza popularności, co widać po liczbie lajkow i followersow na Twitterze czy Facebooku, ale śmie twierdzić, że nie zawsze to pomaga w budowaniu autorytetu zawodowego. Może, choć nie musi. Kiedy medyk zabiera glos np. w sprawach gospodarczych, szybko ujawniając, ze nie ma o nich zielonego pojęcia, trudno się potem dziwić, że ekonomista w nieuprawniony sposób upraszcza kwestie medyczne. Różnica między nimi a celebrytami posługującymi się pseudomedycznym bełkotem jest tylko jedna – wypowiedź lub internetowy wpis osoby znanej z tego, że jest znana, może przeczytać lub usłyszeć kilka milionów Polek i Polaków w ciągu doby.

Mariusz Tomczak, dziennikarz, Gazeta Lekarska, Praktyka Lekarska.

Upadek to może być wypadek

Każdego roku na świecie szacunkowo dochodzi do 37,3 mln upadków.

Jeżeli osoba po 60 roku życia doznaje urazu to najczęściej z powodu upadku.

Jedna trzecia osób po 65 roku życia doświadcza upadku raz w roku.

Około 10% upadków prowadzi do poważnych urazów.

Miejscem w których upadki występują najczęściej jest dom, podczas prac domowych: wymiana żarówek, mycie okien, wieszanie firanek.                 Upadki zdarzają się też przy schodzeniu ze schodów.

Przyczyny

  1. Wahania ciśnienia krwi szczególnie spadki ciśnienie przy zmianie pozycji ciała, która występuje u 16% ludzi w wieku podeszłym;
  2. Choroby neurologiczne, na przykład zespół Parkinsona zwiększa ryzyko upadku aż 10 krotnie;
  3. Demencja zwiększa ryzyko upadku 2-3 krotnie;
  4. Zmniejszenie masy mięśni całego ciała postępujące z wiekiem;
  5. Zaburzenia rytmu serca nasilające spadek ciśnienia;
  6. Objawy uboczne przy stosowaniu niektórych leków zwłaszcza uspakajających i nasennych oraz polipragmazja czyli zażywanie wielu leków (stosowanie więcej niż 4 leków zwiększa prawdopodobieństwo upadku przez upośledzenie funkcji poznawczych, wydłużenie czasu reakcji, nasilaniu spadków ciśnienia czy wywoływaniu zaburzeń rytmu serca).

Konsekwencje upadków

  1. Złamania – około 5% upadków kończy się złamaniem: kości promieniowej, kości nadgarstka, szyjki kości udowej, kręgosłupa.
  2. Ciężkie obrażenia tkanek miękkich – 10-20% upadków: wstrząśnienie mózgu, krwiaki wewnątrzczaszkowe, stłuczenia, skręcenie w obrębie stawów.
  3. Zespół poupadkowy: spadek aktywności po doznanym upadku – strach     i lęk przed kolejnym upadkiem i jego konsekwencjami. Dotyka 20-65 % osób u których doszło do upadku. Następstwem tego jest ograniczenie aktywności życiowej, nieopuszczanie domu, prowadzi to do zmniejszenia sprawności fizycznej i tym samym do zwiększenia ryzyka upadku.
  4. Śmierć: następstwo nieszczęśliwego wypadku lub w wyniku powikłań po upadku (długotrwały powrót do zdrowia, unieruchomienie w łóżku może spowodować poważne powikłania, takie jak zakrzepica żył głębokich, zapalenie płuc).

Profilaktyka upadków

  • Badanie wzroku i ewentualnie używanie okularów;
  • Badanie słuchu i ewentualnie używanie aparatów słuchowych;
  • Ćwiczenia równowagi ciała w przypadku zawrotów głowy;
  • Ćwiczenia fizyczne poprawiające siłę mięśni kończyn, która maleje         u ludzi starszych o 30-40%;
  • Regularna aktywność fizyczna: nordic walking, spacery, taniec, gimnastyka, pływanie;
  • Ekspozycja na światło słoneczne;
  • Dieta bogata w wapń i witaminę D;
  • Ewentualnie leczenie osteoporozy.

Jak zapobiegać upadkom?

W mieszkaniu

  • Dostosowanie mieszkanie do potrzeb i zasad bezpieczeństwa dla ludzi starszych;
  • Usuwanie z otoczenia starszych zbędnych przedmiotów;
  • Usuwanie dywanów mających tendencję do zwijania się lub ślizgania;
  • Likwidacja progów;
  • Oprócz oświetlenia głównego stosowanie również oświetlenia punktowego.

Poza mieszkaniem

  • Używanie odpowiedniego obuwia;
  • W razie potrzeby korzystanie z balkoników lub lasek;
  • Podróżowanie niskopodłogowymi autobusami i tramwajami;
  • Korzystanie z telefonów i urządzeń telemedycznych w celu wezwania pomocy w przypadku upadku.

Choroby przenoszone drogą płciową

Choroby przenoszone drogą płciową (ang. STD – sexually transmitted diseases,  STI – sexually transmitted infections), inaczej choroby weneryczne (łac. morbus venereus) – grupa chorób zakaźnych, które przenoszone są w drodze kontaktu płciowego, zwłaszcza podczas stosunku waginalnego, seksu analnego i seksu oralnego.

Choroby przenoszone drogą płciową określane są czasami mianem chorób wenerycznych (łac. morbus venerus). Wenera (Wenus) to w mitologii rzymskiej bogini piękna i miłości. Wenerologia to dziedzina medycyny zajmująca się leczeniem chorób przenoszonych drogą płciową.

Niejednokrotnie infekcje przenoszone drogą płciową początkowo nie wywołują objawów. Skutkuje to większym ryzykiem przeniesienia choroby na innych. Objawami choroby mogą być: wydzielina z pochwy, wydzielina z prącia, owrzodzenia na lub wokół narządów płciowych oraz bóle w okolicy miednicy.

Choroby przenoszone drogą płciową zawsze były wstydliwe. A schorzenia intymne, jak każde inne, trzeba leczyć. Poza nieprzyjemnymi objawami mogą prowadzić bowiem do poważnych powikłań jak choćby niepłodności.

Z tego rodzaju chorobami wiąże się zazwyczaj wstyd, poczucie winy i stygmatyzacja.

Klasyfikacja

Oprócz znanych w przeszłości chorób wenerycznych – kiły i rzeżączki -spotykamy obecnie stosunkowo często takie choroby przenoszone drogą płciową jak chlamydioza, grzybica genitaliów oraz opryszczka narządów płciowych. Lista chorób przenoszonych drogą płciową jest znacznie dłuższa.

Ponad 30 różnych bakterii, wirusów i pasożytów może być przenoszonych poprzez aktywność seksualną.

Epidemiologia

Każdego roku WHO rejestruje ok. 357 mln chorób przenoszonych drogą płciową. Jedną z najczęstszych chorób przenoszonych drogą płciową jest chlamydioza, która dotyka w skali globalnej 131 mln ludzi.

Szacuje się, że ponad 500 milionów osób cierpi na zakażenie narządów płciowych wirusem opryszczki zwykłej (HSV), a ponad 290 milionów kobiet jest zakażonych wirusem brodawczaka ludzkiego (HPV).

AIDS jest jedną z głównych przyczyn zgonów w dzisiejszej Afryce Subsaharyjskiej. HIV przenoszony jest przede wszystkim poprzez niezabezpieczone stosunki seksualne.

Zapalenie wątroby typu B jest również uważane za chorobę przenoszoną drogą płciową, ponieważ może się rozprzestrzeniać poprzez kontakt seksualny.

Profilaktyka chorób wenerycznych

Zapobieganie wiąże się z przecięciem dróg szerzenia, poprzez używanie zabezpieczeń mechanicznych takich jak prezerwatywa.

Zmniejszenie prawdopodobieństwa zakażenia można osiągnąć poprzez ograniczenie kontaktów seksualnych do określonej liczby stałych wzajemnych partnerów i/lub partnerek, którzy przeszli odpowiednie testy wykrywające nosicielstwo chorób przenoszonych drogą płciową przed wchodzeniem z nimi w kontakty seksualne.

Formą zapobiegania jest także leczenie chorych. Leczenie to zwykle terapia farmakologiczna, zależna od patogenu. Zwykle leczeniem chorób przenoszonych drogą płciową zajmują się lekarze rodzinni, dermatolodzy lub ginekolodzy. Bardziej szczegółową specjalnością medyczną zajmującą się tymi chorobami jest wenerologia.

Samobójstwa wśród lekarzy

Organizacja Physicians Foundation opublikowała w połowie września alarmujące dane dotyczące kondycji psychicznej amerykańskich lekarzy. Z przeprowadzonego przez nią badania wynika, że niemal jeden na czterech lekarzy zna kolegę po fachu, który popełnił samobójstwo.

Co więcej, z raportu pt.”COVID-19´s impact on Physician Wellbeing” można także wyczytać, że 58 proc. biorących udział w ankiecie przyznało, że ma objawy wypalenia zawodowego, a połowa badanych miewa epizody nieuzasadnionej złości, płaczu lub lęku przez pracę, co jest spowodowane pandemią COVID-19.

Gary price, prezydent Physicians Foundation, przyznał, że problem dotyczący złej kondycji psychicznej wśród amerykańskich lekarzy istnieje od dawna, a panująca pandemia koronawirusa jeszcze go zaostrzyła.

Ta trudna sytuacja wyraźnie zwiększyła zjawisko wypalenia zawodowego. W badaniu przeprowadzonym przez tę organizację dwa lata temu 40 proc. lekarzy deklarowało, że często lub zawsze czuje wypalenie zawodowe – to prawie 20 proc. mniej niż obecnie.

Jak lekarze radzą sobie w tej trudnej sytuacji? 18 proc. ankietowanych przyznało, że zażywa więcej leków, spożywa większe ilości alkoholu, a nawet narkotyków, ale tylko 13 proc. badanych szuka fachowej pomocy medycznej w związku ze złym stanem zdrowia psychicznego, spowodowanym wpływem COVID-19 na ich pracę. Zdecydowana większość lekarzy poszukuje wsparcia u rodziny, przyjaciół czy kolegów z pracy.

Dlaczego tak mało medyków szuka pomocy u specjalistów? Zdaniem Roberta Seligsona, dyrektora generalnego Physicians Foundation, lekarze obawiają się stygmatyzacji i utraty prawa wykonywania zawodu ze względu na swoje problemy zdrowotne.

Źródło: WMA; Physicians Foundation, Merritt Hawkins. Gazeta Lekarska.

Mer stress och mindre återhämtning för läkare

Hälften av Läkarförbundets medlemmar har fått en högre stressnivå under pandemin, och lika många anser att de inte får tillräcklig vila och återhämtning, enligt en enkätundersökning.

Närmare hälften, 47 procent, av Läkarförbundets medlemmar uppger att stressnivån ökat under pandemin, enligt en enkätundersökning som besvarats v yrkesverksamma medlemmar under december månad. Undersökningen tar upp olika aspekter av arbetsförhållandena under pandemin.

38 procent av de svarande uppger att de arbetat mer under pandemin, och drygt hälften av alla svarande, 51 procent, anser att de inte får tillräcklig vila och återhämtning.  

Det är oroväckande siffror, säger Läkarförbundets ordförande Sofia Rydgren Stale.

Regionerna Stockholm, Västra Götaland och Gävleborg aktiverade krislägesavtalet den 23 december, och Region Skåne aktiverade avtalet den 29 december.

Vår undersökning är gjord tidigare, och redan då bedömde hälften att de inte får tillräcklig återhämtning. Vi ska inte bara orka nu utan också 2021.

Få av de svarande har arbetat mycket med covidpatienter. Men pandemin påverkar stora delar av kåren. Och den stora majoriteten, 95 procent av de som svarat på enkäten, är oroliga för vårdskuldens effekter.

Det finns en stor oro för hur det ska se ut framåt. Det är enormt viktigt att regionerna säkerställer att läkarna får möjlighet till vila och återhämtning. Vi efterlyser en strategi för det och för hur man ska ta hand om den framtida vårdskulden. Staten behöver ta ett större ansvar för hur vården ska klara av återhämtning och hantera vårdskulden.

Elisabet Ohlin, Läkartidningen, Nyheter, 1-2/2021.

Niepokojąca kondycja psychiczna lekarzy

Ja wynika z raportu Medscape, opublikowanego w połowie stycznia, aż 42 proc. lekarzy praktykujących w USA dotyka problem wypalenia zawodowego. Głównie z powodu biurokracji i zbyt dużego obciążenia pracą.

W badaniu udział wzięło 15 000 lekarzy reprezentujących w sumie 29 specjalizacji medycznych. Co pokazały wyniki? Na wypalenie najczęściej cierpią osoby w wieku 40-54 lata, zdecydowanie częściej kobiety niż mężczyźni (48 % vs 37 %), specjaliści z dziedziny urologii, neurologii, nefrologii, endokrynologii, medycyny rodzinnej i radiologii. Problem wypalenia zawodowego najrzadziej występuje wśród okulistów, ortopedów, psychiatrów, otolaryngologów i chirurgów. Około jedna trzecia badanych przyznała, że nie jest zadowolona ze swojego życia zawodowego.

Co doprowadza lekarzy do stanu wypalenia? Ponad połowa respondentów wskazała na biurokrację i szeroko pojętą ”papierologię”, około 30 % lekarzy skarżyła się, że spędza zbyt dużo czasu w pracy, problemem jest też brak szacunku – zarówno ze strony przełożonych, administracji, jak i kolegów z pracy, a także postępująca informatyzacja oraz brak swobody w działaniu.

Jak lekarze radzą sobie z wypaleniem? Starsi (osoby po 40 r.ż.) najczęściej wybierają izolację od otoczenia lub uciekają w aktywność fizyczną. Młodsi lekarze wolą sen lub rozmowę z bliskimi (rodzina i przyjaciele). Część lekarzy próbuje radzić sobie, odreagowując poprzez dogadzanie sobie ”śmieciowym” jedzeniem i piciem alkoholu.

Badanie ujawniło także, że kilkanaście procent lekarzy cierpi na depresje (ponownie najwięcej wśród osób po 40 r.ż.), z czego około 20 % miało myśli samobójcze. Jak depresja wpływa na ich pracę? Popełniają błędy, których normalnie by nie zrobili, są sfrustrowani i zirytowani na swoich pacjentów, a także mniej uważni w uzupełnianiu ich dokumentacji medycznej.

Co niepokojące, zdecydowana większość ankietowanych przyznaje, że nie szuka profesjonalnej pomocy w walce z wypaleniem i depresją. Dlaczego? Odpowiadają, że są zbyt zajęci lub deklarują, że sami sobie poradzą ze swoim problemem.

Jak lekarze radzą sobie z wypaleniem?

45%   –   izolacja przed otoczeniem

45%   –   ćwiczenia

42%   –   rozmowa z bliskimi

40%   –   sen

33%   –   spożywanie ”śmieciowego” jedzenia

24%   –   alkohol

Źródło: Medscape, ”New York Post”.